Od ostatniego wpisu minął ponad miesiąc, więc wypadałoby coś napisać. Do rzeczy – nie mam już najnowszego flagowca. Wczoraj na targach Mobile World Congress został zaprezentowany LG G6. Zobaczmy co ma w sobie następca G5:
Na początek chyba najważniejsza informacja – tak, LG G6 ma wyjście słuchawkowe.
LG najwyraźniej uległo modzie na metalowe ramki i szklane tyły we flagowcach. Do tych drugich nie jestem specjalnie przekonany, bo szkło ma tendencje do zbierania odcisków palców.
Ekran LG G6 ma nietypowe proporcje 18:9, a zatem szerokość ekranu jest równa połowie jego wysokości. Oznacza to więcej miejsca na treść bez konieczności poszerzania urządzenia. Do tego interfejs można podzielić na dwa kwadraty.
Rogi ekranu LG G6 są zaokrąglone. Ma to zastosowanie nie tylko estetyczne – dzięki temu jest mniejsza szansa, że ekran ulegnie uszkodzeniu jeśli urządzenie spadnie na róg.
Dla zwiększenia doznań wizualnych ekran obsługuje technologie HDR10 i Dolby Vision.
Zgodnie z przewidywaniami LG zrezygnowało z modułowości, która w LG G5 okazała się jedynie ciekawostką, a nie rewolucyjną funkcją. Oznacza to także, że w G6 nie ma dostępu do baterii, ale…
…LG G6 ma normę IP68, a więc jest pyło- i wodoodporny. Zatem po przypadkowym kontakcie z żywiołem wody nie powinno nic mu się stać.
G6 wciąż ma dodatkowy aparat szerokokątny. Rozdzielczość głównego aparatu została zredukowana z 16 do 13 megapikseli, ale aparat szerokokątny ma teraz taką samą rozdzielczość jak aparat główny i jakość zdjęć powinna być podobna. Dodatkową zaletą jest fakt, że tylne aparaty nie wystają już z obudowy.
W G6 dostępny jest manualny tryb nagrywania filmów, który do tej pory był zarezerwowany dla urządzeń z serii V (konkretnie V10 i V20). Cóż… Jeśli będę chciał mieć tryb manualny dla filmów w G5, muszę liczyć na aktualizację systemu lub polegać na zewnętrznych aplikacjach.
LG G6 obsługuje bezprzewodowe ładowanie, ale tylko w modelach sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych. Podobne ograniczenie dotyczy przetwornika DAC, który jest dostępny jedynie w modelach przeznaczonych na rynek azjatycki.
LG chyba stwierdziło, że nie ma sensu ścigać się o to kto ma najwydajniejsze podzespoły we flagowcu, bo w G6 po prostu skupiło się na tym aby wszystko działało płynnie, a nie na najszybszym procesorze i największej ilości pamięci RAM.
LG G6 ma 32 GB wbudowanej pamięci. Są też modele o pojemności 64 GB, ale te będą dostępne tylko na rynkach azjatyckich. Pamięć wciąż można rozszerzyć o kartę MicroSD o pojemności do 2 TB.
Bateria LG G6 ma 3300 mAh (czyli o 500 mAh więcej niż G5), ale, jak wspomniałem wcześniej, jest niewymienna.
Muszę przyznać, że nowy flagowiec od LG zapowiada się nawet ciekawie. I nie, nie zamierzam od razu wymieniać swojego G5, bo dopiero go kupiłem i chciałbym żeby posłużył mi parę lat.
W życiu każdego faceta przychodzi chwila kiedy musi kupić nowy telefon. No i przyszła pora na mnie – zastąpiłem swojego poczciwego Note’a 3 telefonem LG G5. Pewnie niektórzy z Was pomyślą, że zwariowałem, bo za podobne pieniądze mogłem kupić Samsunga Galaxy S7. Dlaczego wybrałem inaczej? Po pierwsze, wszyscy u mnie w rodzinie mają telefony Samsunga, więc postanowiłem się wybić i kupić telefon innej marki. Po drugie, kwestie sentymentalne – miałem już dwa telefony LG (z czego tylko jeden był smartfonem). Po trzecie, bardziej niż ekran Super AMOLED, bezprzewodowe ładowanie i wodoodporność zainteresowały mnie port USB typu C (i to 3.0!), nowsza wersja Quick Charge, radio FM, nadajnik podczerwieni, Android 7.0, szerokokątny aparat i wymienialna bateria. No dobrze, wiecie już czemu wybrałem tak, a nie inaczej. Pora na właściwą recenzję.
Wygląd, ekran i modułowość
Niektórzy mogą powiedzieć, że G5 jest brzydki. Ja tak nie uważam – według mnie wygląda całkiem w porządku, i jest to miła odmiana po podobnych do siebie telefonach Samsunga. Z przodu oczywiście znajduje się ekran. Specyfikacje: IPS, 5,3 cala, rozdzielczość 1440×2560 pikseli, gęstość 554 PPI. Po przesiadce z ekranu „tylko” Full HD (choć fizycznie większego) raczej nie zauważyłem różnicy w ostrości obrazu, ale przy tak dużej gęstości próżno szukać pojedynczych pikseli. Kąty widzenia i jakość obrazu na plus. Ekran LG G5 nie wyświetla takich cukierkowych kolorów jak Super AMOLED-y tylko stara się wiernie oddawać barwy, i mnie się to podoba.
Oprócz ekranu przód to standard. Głośnik do rozmów, przedni aparat, dioda powiadomień, czujnik światła i czujnik zbliżeniowy. Nie ma tu przycisków fizycznych – LG G5 korzysta z przycisków na ekranie. Na dole znajdziemy głośnik multimedialny, mikrofon i port USB typu C, który wyróżnia się tym, że jest dwustronny, więc po ciemku nie trzeba zgadywać którą stroną wetknąć wtyczkę – w przeciwieństwie do normalnych portów USB, które mają tajemnicze właściwości. Złącze USB typu C nie jest jeszcze szczególnie popularne, więc na imprezy polecam zabierać własny kabel.
Dół urządzenia można zdjąć i wymienić baterię (tak, LG G5 to jedyny obecny flagowiec w którym da się wymienić baterię) lub moduł. No właśnie – moduły. Modułowość miała być główną cechą LG G5, a okazała się jedynie mało znaczącą ciekawostką. Dostępnych modułów jest tyle co kot napłakał i nie wyróżniają się one niczym szczególnym. Ja w zestawie otrzymałem moduł LG CAM Plus, ale jeszcze nie miałem okazji go testować.
Z tyłu urządzenia znajdują się dwa aparaty (o nich powiemy sobie później) i przycisk blokady ekranu z wbudowanym skanerem linii papilarnych do którego wystarczy przyłożyć palec aby go aktywować. Działa on sprawnie, choć zdarza mu się nie rozpoznać odcisku palca. Jego umiejscowienie sprawia, że nie można odblokować telefonu nie podnosząc go, ale LG o tym pomyślało i dodało funkcję blokowania i odblokowywania urządzenia przez dwukrotne stuknięcie w ekran.
Po lewej stronie mamy przyciski do regulacji głośności i mało atrakcyjnie wkomponowany przycisk zwalniający moduł. Po prawej stronie jest tylko tacka na kartę SIM (telefon korzysta z kart nano SIM, więc czekała mnie wymiana karty u operatora) i kartę MicroSD o pojemności aż do 2000 GB.
Na górnej krawędzi znajdziemy gniazdo słuchawkowe i nadajnik podczerwieni umożliwiający sterowanie innymi urządzeniami. Mała rzecz, a dzięki niemu powiedzenie „kto ma zmieniarkę, ten ma władzę” traci na znaczeniu.
System
Jak na flagowca przystało, LG G5 ma topowe podzespoły: czterordzeniowy, 64-bitowy procesor Qualcomm Snapdragon 820 o taktowaniu 2,2 GHz, układ graficzny Adreno 530 i 4 GB pamięci RAM. W Antutu zestaw ten osiąga około 150 000 punktów, miażdżąc wydajnościowo mój poprzedni telefon, który zresztą jest byłym flagowcem. Sami zobaczcie:
Pojemność pamięci wewnętrznej LG G5 wynosi 32 GB (oczywiście użytkownik ma do dyspozycji nieco mniej). Gdyby to komuś nie wystarczyło, można rozszerzyć dostępną przestrzeń kartą MicroSD. Domyślnie w urządzeniu jest zainstalowany system Android 6.0.1, ale jest dostępna aktualizacja do wersji 7.0. Polecam ją pobrać, bo dodaje ona m.in. możliwość pracy na dwóch aplikacjach naraz. Domyślny launcher LG G5 jest pozbawiony spisu aplikacji (tzn. wszystkie aplikacje są na pulpitach głównych, jak w iPhone’ach), ale w sklepie LG dostępny jest „tradycyjny” launcher. W urządzeniu domyślnie zainstalowany jest zestaw aplikacji Google, co mało mi się podoba, bo nie można ich odinstalować jeśli nie zrootujemy telefonu. W ramach rekompensaty dostajemy jednak 100 GB miejsca na Dysku Google na dwa lata – całkiem miły prezent.
Aparat
Już na wstępie powiem, że LG G5 ma jeden z najlepszych aparatów dostępnych w smartfonach i tylko aparaty pozostałych aktualnych flagowców mogą z nim konkurować. Podobno w gorszych warunkach oświetleniowych radzi sobie gorzej niż aparat w Galaxy S7, ale mnie to za bardzo nie przeszkadza. Główny aparat ma 16 megapikseli i przysłonę f/1.8. Jest też wsparty laserowym autofokusem. Wisienką na torcie jest jednak drugi, szerokokątny aparat o kącie widzenia 135 stopni. Ma on „tylko” 8 megapikseli i przysłonę f/2.4. Niestety rejestruje on nieco mniej szczegółów niż główny aparat, ale mimo to zrobione nim zdjęcia są naprawdę niesamowite. Selfiaki będziemy cykać aparatem o rozdzielczości 8 megapikseli i przysłonie f/2.0. Używając tego aparatu można włączyć białe doświetlenie ekranu i wyciągnąć podniesioną dłoń i zacisnąć ją w pięść aby aktywować 3-sekundowy samowyzwalacz. Szybkie dwukrotne zaciśnięcie dłoni w pięść spowoduje zrobienie serii czterech zdjęć.
Aparat w LG G5 ma coś co powinno być wszędzie, czyli tryb manualny. Można w nim ręcznie ustawić balans bieli, ostrość, korektę ekspozycji, ISO (w zakresie od 50 do 3200) i czas otwarcia migawki (od 1/3200 sekundy do 30 sekund), a także zablokować ekspozycję. Szkoda, że brakuje trybu manualnego podczas nagrywania filmów, ale ta funkcjonalność najwyraźniej jest zarezerwowana dla urządzeń LG V10 i V20. Możliwy jest także zapis fotek w formacie RAW (czyli takim, który zajmuję tonę miejsca, ale umożliwia zaawansowaną obróbkę).
Nie ma niestety możliwości wyboru rozdzielczości zdjęcia – możemy jedynie wybrać proporcje (16:9. 4:3 i 1:1) Filmy nakręcimy w 4K, 1080p (opcjonalnie z szybkością 60 kl./s) i 720p. LG G5 jest wyposażony w optyczną stabilizację obrazu. Dla filmów można włączyć tryb Steady, który jeszcze bardziej ogranicza drgania kosztem zmniejszonego pola widzenia. Aplikacja aparatu zawiera dodatkowo ciekawe tryby: popout (obraz z głównego aparatu na tle obrazu z aparatu szerokokątnego), multi-view (ekran podzielony na części z dowolnymi kombinacjami aparatów) i Snap (tryb umożliwiający pauzowanie nagrywania przez puszczenie przycisku). Znajdziemy również kilka standardowych trybów – panoramę, slow motion w wersji nie dla leniwych (smartfon kręci film 720p z prędkością 120 kl./s i trzeba go spowolnić ręcznie w edytorze wideo) oraz timelapse. Do dyspozycji mamy też kilka filtrów, ale bądźmy szczerzy – od filtrów jest Instagram.
Oto przykłady zdjęć zrobionych tym smartfonem:
Na początek oczywiście zdjęcie kota. Bo jak inaczej?Następna fota – pies mojej siostry. Uprzedzając pytania, żyje – tylko śpi.Zdjęcie Kwidzyńskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego.To samo ujęcie zrobione aparatem szerokokątnym.Zdjęcie zrobione w trybie manualnym przy czasie otwarcia migawki ustawionym na 1/200 sekundy aby uchwycić spadający śnieg.Nocne zdjęcie przystanku. Duży postęp w stosunku do mojego poprzedniego telefonu, co zresztą zobaczycie na następnym zdjęciu.To samo ujęcie z mojego poprzedniego telefonu (Samsung Galaxy Note 3). Szumy i nic nie widać. Krótko mówiąc, nieciekawie.
Tutaj zaś mamy przykładowy film nakręcony w 4K:
Bateria i always-on display
Bateria w LG G5 ma 2800 mAh. Niby mało (wystarczy mi to na nie dłużej niż dzień pracy), ale wada ta jest rekompensowana obsługą szybkiego ładowania. W zestawie znajduje się nawet odpowiednia ładowarka.
Smartfon zawiera też pożyczony od Samsunga tryb always-on display. Wyświetla on datę, godzinę i ikony powiadomień na wygaszonym ekranie. Nie jest tak konfigurowalny jak w telefonach Samsunga (można co najwyżej zastąpić godzinę dowolnym napisem), ale wyświetla powiadomienia z większej liczby aplikacji. Do tego nie obciąża mocno baterii.
Cena
LG G5 można kupić w okolicach 2000 zł, czyli tyle samo co Galaxy S7 32 GB. Według mnie jest to uczciwa cena. Pamiętajcie tylko aby nie pomylić G5 z tańszym modelem G5 SE, który ma nieco słabsze podzespoły i tylko 3 GB RAM. Numer modelu „właściwego” LG G5 to H850.
Podsumowanie
LG G5 to według mnie bardzo niedoceniany smartfon. Może modułowość okazała się tu niewypałem, ale jest to flagowiec pełną gębą – świetna wydajność, świetne multimedia i świetne aparaty. Oczywiście polecam.
Jak się okazuje, wiedza na temat autyzmu u niektórych osób jest wręcz na żenującym poziomie. Powstały nawet mity związane z autyzmem. W dzisiejszym poście obalę więc część z tych, które najbardziej mnie nurtują.
Autyzm jest powodowany przez szczepionki – o tym pisałem już z milion razy, ale jeszcze raz nie zaszkodzi. Powtarzam – SZCZEPIONKI NIE POWODUJĄ AUTYZMU! Ten mit nie tylko jest bardzo krzywdzący wobec osób z autyzmem, ale ma też najpoważniejsze konsekwencje w postaci niepotrzebnych zachorowań na skutek rezygnacji ze szczepień. Źródłem tego mitu jest były chirurg Andrew Wakefield, który przeprowadził obejmujące 12 dzieci badanie mające sugerować związek szczepionki MMR z autyzmem i zapaleniem jelit. Badanie to okazało się fałszerstwem, Wakefield został pozbawiony prawa do wykonywania zawodu lekarza, a czasopismo medyczne The Lancet wycofało jego publikację. Rzekomy związek szczepionek z autyzmem został już wielokrotnieobalony. Autyzm to zaburzenie z którym człowiek się rodzi, a nie choroba, którą można „złapać” jak na przykład grypę.
Autyzm jest chorobą – autyzm to zaburzenie na skutek którego Twój mózg jest inaczej zaprogramowany. To nie jest choroba ani uszkodzenie mózgu!
Autyzm dotyczy tylko chłopców – wprawdzie autyzm jest częściej diagnozowany u chłopców, ale występuje on u obydwu płci.
Wszystkie osoby z autyzmem mają „supermoce” – zdarzają się osoby z autyzmem, które mają ponadprzeciętne zdolności, ale nie dotyczy to wszystkich. Tzw. zespół sawanta dotyczy bodajże około 10% osób z autyzmem.
Osoby z autyzmem nie chcą mieć przyjaciół – część osób z autyzmem najlepiej czuje się we własnym towarzystwie, ale większość z nich chciałaby mieć przyjaciół tak samo jak każdy inny. Niestety ze względu na ich trudności w nawiązywaniu kontaktów nie jest to łatwe, i może nawet prowadzić do niezamierzonego urażenia innych osób, przez co dochodzi do nieporozumień.
Mam autyzm, więc nigdy nie będę mieć dziewczyny/chłopaka – bzdura. Dużo osób z autyzmem żyje w udanych związkach.
Wszystkie osoby z autyzmem mówią mało lub nie mówią w ogóle – są osoby z autyzmem, które mówią dużo.
Osoby z autyzmem są niedorozwinięte umysłowo – autyzm jest zaburzeniem rozwoju, a nie zaburzeniem intelektualnym. Większość osób z autyzmem ma normalny lub ponadprzeciętny iloraz inteligencji. Nie oznacza to jednak, że zaburzenia intelektualne u osób z autyzmem się nie zdarzają.
Autyzm jest powodowany przez bycie złym rodzicem – jest to mit z lat 40., który zresztą został obalony.
Osoby z autyzmem są pozbawione uczuć i empatii – nieprawda. Osoby z autyzmem mają uczucia, ale ze względu na ich charakter trudno je im okazać.
Wszystkie osoby z autyzmem są takie same – nie. Każdy z nas jest inny, i dotyczy to też osób z autyzmem.
Autyzm da się wyleczyć – autyzm to zaburzenie na całe życie. Odpowiednia terapia jest w stanie pomóc osobie z autyzmem funkcjonować prawidłowo, ale wbrew temu co wszelkie znachorstwo próbuje Ci wmówić, żadna ilość homeopatii, ziołolecznictwa, diet, witaminy C, modlitwy, pozytywnego myślenia, lewatyw z wybielacza (wierzcie lub nie, ale jest coś takiego!) ani magicznego elfiego pyłku nie wyleczy autyzmu całkowicie.
Z autyzmu się wyrasta – patrz wyżej.
Osoby z autyzmem nie są w stanie o siebie zadbać, żyć samodzielnie ani utrzymać pracy – wiele osób z autyzmem wiedzie udane życie. Kilka przykładów takich osób: Temple Grandin, John Elder Robison i Jerry Newport.
Autyzm to nowe zaburzenie – autyzm został po raz pierwszy opisany w 1943 roku przez Leo Kannera.
Tegoroczne Święta już minęły i znowu trzeba czekać rok na kolejne. No cóż. W każdym razie dzisiaj pochwalę się co tam Mikołaj mi przyniósł pod choinkę i zrobię to w formie minirecenzji. Zaczynamy.
Smartphone Projector 2.0
Ostatnio nawet popularny gadżet. Jest to projektor na smartfona wykonany z kartonu z ładnymi grafikami imitującymi normalny projektor. Wkładasz smartfona, a projektor rzutuje wyświetlany obraz na ścianę. Jakość wykonania jest nawet niezła. Producent podaje, że zestaw jest już złożony, co nie do końca jest prawdą, bo trzeba jeszcze złożyć soczewkę i obiektyw. Aby to zrobić, należy wcisnąć soczewkę w obiektyw, a następnie wsunąć obiektyw w szczelinę w obudowie i założyć na niego dwa gumowe pierścienie ograniczające zakres jego ruchów, co wcale nie jest takie łatwe (powodzenia przy zakładaniu pierścienia w wewnętrznej części projektora, zwłaszcza jeśli macie duże dłonie). W zestawie znajduje się antypoślizgowa podkładka dzięki której smartfon trzyma się w jednym miejscu.
A jak ten projektor sprawuje się w praktyce? Po pierwsze trzeba ustawić maksymalną jasność ekranu (co, jak wiadomo, dobrze służy czasowi pracy na baterii 😛) i ściągnąć aplikację wymuszającą odpowiednią orientację ekranu, ponieważ soczewka odwraca obraz. Aplikacja na Androida proponowana przez producenta to darmowa 7-dniowa wersja próbna, ale jeśli Wam bardzo szkoda tych 11 złotych na pełną wersję, zawsze można zresetować okres próbny czyszcząc dane aplikacji. Maksymalna odległość projektora od ściany podana przez producenta i potwierdzona przeze mnie wynosi około jednego metra, a sam obraz jest średnio widoczny (choć może to wynikać z tego, że moja ściana jest jasnozielona, a nie biała), przez co jest to raczej zabawka niż zamiennik dla normalnego projektora. Rezultaty mogą być jednak różne w zależności od tego jaki macie smartfon. To nie jest zły sprzęt, ale cena 100 zł jest według mnie nieco przesadzona.
Klawiatura i mysz Cooler Master Masterkeys Lite L
Jest to jeden z prezentów, który zażyczyłem sobie od Mikołaja. Już od jakiegoś czasu chciałem mieć podświetlaną klawiaturę i mysz, no i mam! Cooler Master Masterkeys Lite L to zestaw składający się z klawiatury i myszy z podświetleniem RGB, przez co nie jest to najtańszy zestaw (kosztuje grubo ponad 200 zł), ale inne takie zestawy oferujące bardziej zaawansowane funkcje potrafią być sporo droższe. Jest to zestaw zarówno dla gracza jak i do typowej pracy biurowej. Nie jest do niego dołączone oprogramowanie – podświetlenie reguluje się przy użyciu kombinacji przycisków.
Zacznijmy od klawiatury. Pierwsze co zauważyłem to fakt, że klawiatura ta jest dość ciężka. To w sumie dobrze, bo dzięki temu nie rusza się na wszystkie strony podczas pisania. Klawisze są kompatybilne z przełącznikami Cherry MX, więc można wymienić je na inne (na przykład w innym kolorze). Klawiatura jest wykonana w technologii Mem-chanical, która ma imitować wrażenia podczas pisania na klawiaturze mechanicznej. Według mnie sprawdza się to całkiem nieźle i pisaniu towarzyszy przyjemny klik. Do wyboru mamy aż 8 trybów podświetlenia, a każdy można niemal dowolnie dopasować do swoich potrzeb. Dość irytującą wadą (może to jednak być tylko problem z moim egzemplarzem) jest to, że kombinacje klawiszy do regulacji i zmiany podświetlenia działają jak chcą i czasami ich stosowanie nie daje żadnego efektu. Oprócz skrótów multimedialnych do sterowania muzyką i zmiany głośności klawiatura posiada też przydatne skróty umożliwiające zmianę prędkości wprowadzania znaków oraz zablokowanie klawisza Start lub całej klawiatury. Producent podaje także, że klawiatura jest odporna na zachlapania, więc przypadkowe rozlanie herbaty czy innego trunku nie powinno jej zaszkodzić. Nie mylcie jednak odporności na zachlapania z wodoodpornością i nie myjcie jej pod kranem razem z naczyniami, bo tego może nie przetrwać.
Teraz mysz. Jest to dość standardowa mysz optyczna, która oprócz normalnego zestawu w postaci dwóch przycisków i rolki posiada przycisk do zmiany DPI i dwa dodatkowe przyciski na lewym boku. Dostępne wartości DPI to 500, 1000, 2000 i 3500. Wybór każdego z tych poziomów jest sygnalizowany miganiem podświetlenia w określonym kolorze (odpowiednio czerwonym, niebieskim, fioletowym i białym), dzięki czemu poziom DPI nie jest wybierany na ślepo. Jeśli chodzi o podświetlenie, dostępne są dwa tryby – stały (z dziewięcioma kolorami do wyboru) i „tęczowy” (z możliwością ustawienia trzech prędkości).
Ogólnie jestem z tego zestawu zadowolony. Jeśli chcielibyście mieć fajną podświetlaną klawiaturę i mysz, a nie zależy Wam na wodotryskach typu makra, mogę go z czystym sumieniem polecić.
Prezent niegadżetowy
Trzeci prezent już nie jest gadżetem, a jest to torba. Jakoś bardziej wolę torby niż plecaki i ktoś postanowił mnie obdarować czymś lepszym niż torby rozdawane przez Orange. Ponieważ nie jest to blog o modzie, recenzji niestety nie będzie. Jeśli Was ciekawi co to za torba, tu macie odpowiedź.
Wreszcie mamy grudzień – mój ulubiony miesiąc. Oczywiście ze względu na Święta. W moim mieście już pojawiły się świąteczne ozdoby. Trochę skromne, ale lepsze to niż nic. Makabryła Centrum Handlowe Liwa jest też już ozdobione, więc w mojej okolicy też jest na co popatrzeć. Za nami już pierwsza kluczowa oznaka Świąt, czyli Mikołajki. Warsztat Terapii Zajęciowej sprawił mi tego dnia miłą niespodziankę w postaci nowego komputera i monitora do pracowni. Wymiana komputera planowana była już wcześniej, ale fajnie, że wypadła akurat na Mikołajki. Wreszcie nie muszę użerać się z tym gratem z jednym gigabajtem RAM-u i przestarzałym systemem. Do tego po raz pierwszy w życiu korzystam z monitora Full HD. W domu mam monitor o rozdzielczości 1680×1050, więc przeskok na 1920×1080 to całkiem miła odmiana.
Z innych ciekawostek z WTZ, toaleta na parterze w której przebieram się na ćwiczenia była wczoraj w remoncie, więc musiałem przebierać się w damskiej na pierwszym piętrze – męska była zajęta, a i tak byłem już spóźniony.
Teraz moim głównym celem jest doczekanie do Świąt. Już prawie weekend, więc zawsze to jakieś ułatwienie. Jakoś postaram się przeżyć te dwa tygodnie. W styczniu niestety wrócimy do smutnej normalności, ale takie życie.
Na koniec dodaję ukradkiem zrobione zdjęcie choinki na WTZ.
Szanowni Państwo, doczekałem się – remont z którym zmagałem się tyle czasu nareszcie dobiegł końca. Nie było łatwo, bo remont ten miał trwać około trzech tygodni, a trwał trzy miesiące (od 29 sierpnia do dziś, czyli 30 listopada – wiem, bo śledziłem w kalendarzu). Pomijam nawet fakt, że zaczął się z dwutygodniowym opóźnieniem, a my już zdążyliśmy usunąć meble z kuchni, przez co niepotrzebnie się męczyliśmy przez te dwa tygodnie. W trakcie remontu kuchni jej funkcję tymczasowo pełnił jeden z pokoi, i to nieco ponad miesiąc. Gdy remontowana była łazienka, fachowiec rozwalił zbiornik spłuczki i przed dobrych parę tygodni musieliśmy spłukiwać toaletę miską z wodą, a do tego przez jeden weekend – ponownie dzięki fachowcowi – nie mieliśmy ogrzewania ani ciepłej wody. Ogółem remont przeprowadzało dwóch fachowców. Pierwszy okazał się kompletnym nieporozumieniem – szło mu powoli, popełniał błędy, a na koniec, po tym jak mama mu wygarnęła co myśli o takiej robocie, zabrał swoje rzeczy zostawiwszy rozgrzebaną robotę i więcej się nie pokazał. Drugi fachowiec był znacznie lepszym wyborem i to on dokończył ten nieszczęsny remont. Gdybyśmy na początku postawili na niego, być może ten cyrk nie trwałby tyle czasu. Jeśli mieszkacie w Kwidzynie i szukacie kogoś do remontu, była to firma Bud-Hause. Polecam.
Chyba nie muszę mówić, że bardzo się cieszę. Ten remont kosztował nas sporo nerwów i pieniędzy, ale to już przeszłość. Święta będziemy mogli przeżyć w miarę bezstresowo i bez obcych facetów kręcących się po mieszkaniu. Poza tym kuchnia, przedpokój i łazienka wyglądają teraz o niebo lepiej (zwłaszcza bez tapet podrapanych przez koty). No i wreszcie mamy zmywarkę.
Internet byłby całkiem przyjemnym miejscem gdyby nie krętacze, którzy chcą się dorobić cudzym kosztem. Przechodząc do rzeczy, ktoś podał się za Lidla (taka niemiecka sieć sklepów dyskontowych, gdyby ktoś nie wiedział) i wyskoczył z konkursem, który, mówiąc wprost, jest oszustwem. Pierwsze podejrzenia powinien wywołać fakt, że informacja o konkursie nie została podana na oficjalnej stronie Lidla tylko jakiejś innej. Co nieco o tym „konkursie” zostało opowiedziane w poniższym filmie:
<w tym miejscu powinien być film, ale został oznaczony na YouTube jako prywatny i nie można go osadzić>
Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest naturalnie polubienie strony i udostępnienie zdjęcia konkursowego – klasyk. Z filmu wynika, że wylosowani zwycięzcy (a zatem to nie jest konkurs tylko losowanie) otrzymują link do pobrania formularza odbioru nagrody. Co ważne, link ten nie prowadzi do oficjalnej strony internetowej Lidla tylko do jakiegoś podejrzanego miejsca w którym pobranie formularza wymaga wysłania dwóch SMS-ów na numer 92548. Wysłanie każdego z tych SMS-ów kosztuje 25 zł plus VAT (30,75 zł brutto). Oczywiście informacji o cenie SMS-a na stronie nie ma i trzeba jej szukać w regulaminie. I na koniec deser – dodatkową możliwością zarobienie jakichś punktów w tym niby konkursie jest odebranie listu za pobraniem na kwotę 100 zł.
W komentarzu pod zdjęciem konkursowym napisałem ostrzeżenie, dodając link do filmu wyżej. Oczywiście komentarz ten został usunięty. Napisałem też drugi komentarz, który także został usunięty, a dodatkowo administrator strony mnie zablokował. Z tego co wiem, gdy Facebook usuwa tę stronę, na jej miejsce powstaje kolejna. Szkoda słów.
Tego typu praktyki powinny być zdecydowanie surowo karane – na tyle surowo żeby ukaranym raz na zawsze odechciało się oszukiwania ludzi. Najgorsze jest to, że całkiem sporo osób daje się nabrać na tego typu numery. Na koniec apeluję o ostrożność podczas brania udziału w jakichkolwiek konkursach (facebookowych lub nie). Jeśli coś jest za dobre żeby było prawdziwe, najprawdopodobniej nie jest prawdziwe.
Dzisiaj będzie trochę narzekania. Ja naprawdę staram się wierzyć w ludzi, ale czasami jest to próżny trud. Ci z Was, którzy śledzą stronę na Facebooku, na pewno wiedzą, że mam w domu remont przeprowadzany przez faceta, który podchodzi do swojej pracy mało poważnie. Pisałem tam też, że wydarzył się scenariusz, którego obawialiśmy się najbardziej, tzn. facet przestał przychodzić i zostawił rozgrzebaną robotę. Obecny stan robót jest taki, że kuchnia jest niby zrobiona, ale trzeba co nieco poprawić, w przedpokoju są położone płyty z sypiącym się tynkiem, zaś łazienka ma porozbijane kafelki i muszlę klozetową bez spłuczki. Dobrze, że podpisaliśmy z tym facetem umowę, bo możemy starać się odzyskać pieniądze włożone w ten remont – nawet już przygotowaliśmy pismo w którym dodatkowo postraszyliśmy sądem. Ciąganie ludzi po sądach nie jest fajne, ale już naprawdę mamy dość. Niestety nierzetelni fachowcy to w Polsce dość powszechne zjawisko. Dlatego przypominam – umawiając się na jakiekolwiek prace budowlane ZAWSZE żądajcie spisania umowy. Dzięki temu macie jakiekolwiek szanse z fachowcami takimi jak mój. No i w miarę możliwości wybierajcie sprawdzonych fachowców, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Dziękuję za uwagę i życzę Wam aby Wasi fachowcy byli lepsi niż mój. 🙂
Wetknij to w port USB swojego urządzenia, a prawdopodobnie zabijesz je w ułamku sekundy. I wcale nie przesadzam.
Co prawda w tym roku Halloween już minęło, ale dziś przedstawię horror z mojego ulubionego gatunku jakim są horrory komputerowe. Otóż na rynku dostępne są tzw. USB Killery, które wetknięte w port USB zniszczą prawie dowolne urządzenie. Ich działanie polega na tym, że zamontowane w nich kondensatory uwalniają ładunek elektryczny o wysokim napięciu, który po prostu smaży wnętrzności urządzenia. Takie USB Killery bez problemu usmażą na przykład laptopa (komputer stacjonarny zresztą też) albo Xboksa One. Ciekawie za to wygląda sprawa sprawa ze smartfonami – w iPhonie 7 zostanie uszkodzony tylko port Lightning, a sam iPhone będzie dalej działał, zaś (już świętej pamięci) Galaxy Note 7 w ogóle nie ucierpi. Nie znaczy to jednak, że inne smartfony też są odporne. Docelowo USB Killery służą do testowania urządzeń pod kątem odporności na tego typu ataki, ale, jak znam ludzką naturę, na pewno znajdą się ludzie, którzy będą wykorzystywać USB Killery do celowego niszczenia urządzeń. Nie powiem gdzie takie coś można kupić, bo jeszcze zaczną komuś przychodzić do głowy głupie pomysły i pewnie dostanę wezwanie do sądu. Po tym poście pewnie zaczniecie się bać podłączać urządzenia USB niewiadomego pochodzenia – i słusznie. Od dawna uważam, że największym zagrożeniem dla urządzeń elektronicznych jest człowiek, a ten post doskonale to pokazuje. Pomyślcie tylko – wystarczy kogoś zostawić samego albo dostać niby pendrive’a, który w rzeczywistości jest takim USB Killerem aby skończyć z rozwalonym komputerem. I takie historie ruszają mnie bardziej niż tradycyjne horrory.
Dzisiaj obchodzę jubileusz – na Warsztaty Terapii Zajęciowej uczęszczam już dziesięć dni! Są tacy, którzy są tam już od siedmiu czy ośmiu lat, ale to szczegół. W każdym razie dziś moja monotonia siedzenia w pracowni redakcyjnej została przerwana przez niesamowicie ekscytujące zajęcie w postaci zbierania śmieci. Nie powiem żeby to było moje ulubione zajęcie, ale ktoś to musi robić. Gdyby człowiek naprawdę był inteligentnym gatunkiem, to nikt by nie śmiecił.
Jeśli chodzi o inne wiadomości, facet od remontu przysiągł, że skończy pod koniec przyszłego tygodnia, a od poniedziałku ma mu pomagać kuzyn. Zobaczymy co z tej przysięgi wyjdzie. Moja łazienka wygląda teraz mało estetycznie i nadal trzeba spłukiwać kibelek „awaryjnie”. Zbiornik spłuczki był popękany, więc wszystko wskazuje na to, że facet po prostu go rozwalił i nie chce się przyznać. Przynajmniej znowu mam ciepłą wodę i ogrzewanie.
Ta strona internetowa, tak samo jak zdecydowana większość innych, korzysta z ciasteczek (ang. cookies). Możesz użyć poniższych linków, aby je zaakceptować, odrzucić lub dowiedzieć się więcej.