Recenzja smartwatcha TicWatch Pro 5

Tak na początek: to nie jest wpis sponsorowany – kupiłem ten sprzęt za własne pieniądze i przez najbliższy miesiąc będę jadł tylko to, co znajdę w koszu na śmieci lub w lesie. Spokojnie, żartuję – mam osobne konto oszczędnościowe, na które trafiają pieniądze na moje zachcianki.

Do tej pory styczność z urządzeniami ubieralnymi miałem za pośrednictwem opasek Xiaomi Mi Band – głównie do odbierania powiadomień z telefonu i sprawdzania godziny, a funkcje sportowe były funkcją drugorzędną. Teraz z jakiegoś powodu nabrałem ochoty na coś bardziej „smart”. Zastanawiałem się jeszcze nad Xiaomi Watch 2 Pro, ale użytkownicy narzekają na błędy w oprogramowaniu, więc zrezygnowałem i zdecydowałem się na zegarek, o którym dziś mowa.

TicWatch Pro 5 jest zegarkiem działającym pod kontrolą systemu Wear OS, który jest zmodyfikowanym pod urządzenia ubieralne wariantem Androida. Wear OS jest dość okrojony w porównaniu z Androidem zainstalowanym na smartfonach i tabletach, ale Chińczycy robią również smartwatche z pełnoprawnym Androidem – na przykład KOSPET OPTIMUS 2, który również mnie dość mocno interesuje. Zestaw składa się oczywiście z zegarka, paska silikonowego (już przyczepionego do zegarka), dodatkowego paska z ekoskóry (jeśli kupimy zestaw Elite Edition), kabla ładującego (trochę szkoda, że stykowego, a nie indukcyjnego) i papierów. Szerokość paska wynosi 24 milimetry, a jeśli nie odpowiadają nam paski dołączone do zestawu, możemy kupić sobie inne – na przykład stalowe albo nylonowe. Z prawej strony znajduje się obrotowa koronka do przewijania treści w pionie, będąca jednocześnie przyciskiem do otwierania listy aplikacji. Koronka jest trochę mniej praktycznym rozwiązaniem niż obrotowa ramka w smartwatchach Galaxy Watch Samsunga, ale spełnia swoje zadanie. Nad koronką znajdziemy przycisk, który po pojedynczym wciśnięciu wyświetla listę ostatnich aplikacji, a po przytrzymaniu umożliwia wyłączenie lub zrestartowanie smartwatcha. Urządzenie spełnia standard US-MIL-STD 810H i ma klasę wodoszczelności 5 ATM. Można z nim pływać (ma tryby sportowe do pływania, które bez wodoszczelności byłyby trochę bezużyteczne), ale nurkowanie (zwłaszcza na większe głębokości) może skończyć się dla niego przedwczesnym zakończeniem żywotu. Takie certyfikaty brzmią interesująco, ale podejrzewam, że jeśli się postaramy, to da się go rozwalić.

TicWatch Pro 5 na moim nadgarstku
TicWatch Pro 5 jest dość sporym zegarkiem, więc może średnio nadawać się dla jakiejś drobniejszej osoby, ale na moim nadgarstku nie wygląda źle. Chyba.

Zegarek jest napędzany procesorem Qualcomm Snapdragon W5+ 1. generacji i ma 2 GB RAM-u oraz 32 GB miejsca na dane, z czego dla użytkownika dostępne jest około 20. Nie ma natomiast dziury na kartę nano-SIM ani obsługi eSIM.

Jeśli chodzi o łączność i czujniki, jest bogato. Oprócz Bluetooth do łączności ze smartfonem i urządzeniami audio zegarek jest wyposażony w Wi-Fi, GPS oraz NFC – tak, tym zegarkiem można płacić zbliżeniowo przy użyciu Google Pay. Dodatkowo mamy kompas i barometr. Zegarek, tak jak większość smartwatchy, mierzy tętno, stres oraz nasycenie krwi tlenem, liczy kroki i śledzi sen. Trochę szkoda, że brakuje EKG i analizy składu ciała.

Wyświetlacz na przekątną 1,43 cala, rozdzielczość 466×466 pikseli i jest wykonany w technologii AMOLED. Jest więc Always On Display, ale TicWatch Pro 5 wyróżnia się bardzo ciekawą alternatywą – dodatkowym wyświetlaczem stosującym tę samą technologię co klasyczne zegarki cyfrowe, a więc pobierającym znacznie mniejsze ilości energii. Wyświetlacz ten pokazuje ikonki informujące o nieprzeczytanych powiadomieniach, aktywnym trybie sportowym i GPS-ie, datę, godzinę, dzień tygodnia, liczbę kroków, tętno, przybliżony poziom naładowania baterii (5 segmentów, z których każdy symbolizuje 20%) oraz ikonki informujące o włączonym Bluetooth i NFC. Kręcąc koronką można te informacje zmienić na samo tętno, spalone kalorie, nasycenie krwi tlenem i kompas (a właściwie azymut). Gdy aktywny jest tryb sportowy, pokazywane są informacje z nim związane i je również możemy wybierać obracając koronką. Dodatkowy wyświetlacz ma też podświetlenie – możemy wybrać jeden z 18 kolorów, a podczas ćwiczeń kolor podświetlenia może zmieniać się w zależności od progu tętna: jasnoniebieski (tętno spoczynkowe), jasnozielony (rozgrzewka), żółty (spalanie tłuszczu), pomarańczony (cardio), fioletowy (tętno anaerobowe) lub czerwony (niebezpiecznie wysokie tętno).

TicWatch Pro 5 działa na Wear OS w wersji 3.5, która bazuje na Androidzie 11. Użytkownicy skarżą się, że zegarek nie został jeszcze zaktualizowany do Wear OS 4 i nie wiadomo czy i kiedy Mobvoi wypuści aktualizację. Poprawki bezpieczeństwa są z 5 października 2023 roku, więc nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Tłumaczenie interfejsu na polski jest poprawne, ale da się znaleźć kilka błędów i nieprzetłumaczonych tekstów. Jeśli chodzi o liczbę aplikacji dostępnych na Wear OS, trochę się zawiodłem. Są na przykład tylko dwie przeglądarki internetowe (przeglądarka Samsunga oraz Mini Web Browser) i kilka menedżerów plików. Da się instalować pełnoprawne androidowe aplikacje z plików APK przy użyciu takich narzędzi jak Wear OS Tools albo aplikacji Easy Fire Tools, ale tak zainstalowane aplikacje nie zawsze działają, a ich obsługa na urządzeniu z okrągłym wyświetlaczem często jest utrudniona. Choć można przeglądać Internet i na przykład oglądać filmy na YouTube, nie jest to specjalnie wygodne, ale smartwatche raczej nie służą do takich rzeczy. Wpisywanie tekstu na niewielkiej klawiaturze ekranowej nie jest aż tak trudne, jak by się mogło wydawać, chociaż oczywiście trafianie w niewłaściwe litery będzie się zdarzać. Zauważyłem problemy z pobieraniem aplikacji z Google Play bezpośrednio na smartwatchu (komunikat „Coś poszło nie tak”), ale można to rozwiązać inicjując pobieranie w Google Play na smartfonie, tablecie lub komputerze. Na TicWatchu da się robić pewne rzeczy niezależnie od smartfona (na przykład przeglądać pliki i odtwarzać muzykę zapisaną w pamięci zegarka), ale powinien on bardziej pracować we współpracy ze smartfonem niż jako samodzielne urządzenie. Dużą zaletą jest wyświetlanie powiadomień ze smartfona w pełnej treści z obsługą polskich znaków i emoji podczas gdy „głupie” smartwatche i smartbandy zwykle wyświetlają tylko część powiadomienia, a z obsługą polskich znaków i emoji jest różnie. I tak, jest głośnik i mikrofon, więc przy użyciu tego smartwatcha można prowadzić rozmowy telefoniczne.

TicWatch Pro 5 z otwartym w przeglądarce internetowej blogiem This Is Internet
Smartwatche nie są najlepszymi urządzeniami do przeglądania Internetu, ale w razie potrzeby da się to robić. Problem elementów niewidocznych przez okrągły wyświetlacz można rozwiązać przeciągając palcem od rogu w przeglądarce Samsunga lub włączając widok w kwadracie w Mini Web Browser. W żadnej przeglądarce nie ma obsługi kilku kart ani możliwości pobierania plików. Ponadto trochę mnie irytuje brak jakiegokolwiek przycisku „wstecz” w przeglądarce Samsunga.

Pora na tryby sportowe, a tych jest sporo – naliczyłem w interfejsie 106 (albo 105, ponieważ jeden z trybów (Skip A) z jakiegoś powodu figuruje na liście dwa razy). Może będzie zaskoczenie, ale je również trochę testowałem. Urządzenia ubieralne bez GPS do śledzenia trasy zwykle posiłkują się GPS-em w smartfonie, ale ten zegarek w GPS jest wyposażony i rejestruje trasy samodzielnie. Oczywiście korzystanie z niego nieco zwiększa zużycie baterii. GPS w TicWatchu Pro 5 działa prawidłowo, czyli faktycznie rejestruje taką trasę, jaką przebyłem, i nie teleportuje mnie nagle o kilka kilometrów w losowym kierunku. Zegarek nie łapie sygnału GPS od razu, ale ja ruszam w drogę od razu przeklikując komunikaty i nie ma problemów. Można też chwilkę poczekać, aż złapie sygnał i z tym też nie ma problemu. Testowałem zegarek również w pływalni. Liczenie przepłyniętych długości basenu nie jest w stu procentach dokładne – zegarek może pokazywać prawidłowy wynik albo być o jedną lub dwie długości do tyłu. Pojawiają się również style pływania, z których w ogóle nie korzystałem. Może ja jakoś źle pływam albo basen nie ma dokładnie takiej długości, jaką wybrałem w menu. Mimo to lepiej niż gdyby zegarek w ogóle nie liczył przepłynięć (co zdarza się często na przykład w Mi Bandzie 5) albo podawał wynik kilkakrotnie większy niż w rzeczywistości, więc wyniki są dla mnie akceptowalne.

TicWatch Pro 5 z otwartym w przeglądarce internetowej teledyskiem „Never Gonna Give you Up” Ricka Astleya na YouTube
Filmy na YouTube również można na tym zegarku oglądać jeśli ktoś ma taką potrzebę. Za wybór filmu z góry przepraszam.

Z czasem działania na baterii również jest przyzwoicie. Należy jednak pamiętać, że smartwatche z Wear OS są bardziej prądożerne niż te mniej inteligentne smartwatche i smartbandy – Mi Banda 5 z wyłączonym całodobowym monitorowaniem aktywności byłem w stanie ładować co około 3 tygodnie, ale ładowanie TicWatcha co około 2 dni (również z wyłączonym całodobowym monitorowaniem aktywności) nie jest złym wynikiem. Ładowanie odbywa się całkiem szybko – producent zapewnia, że podłączenie do ładowarki na 30 minut umożliwia naładowanie baterii do poziomu 65%, zaś ładowanie jedynie przez 15 minut wystarczy na cały dzień pracy. Zegarek jest również wyposażony w „tryb podstawowy”, który korzysta tylko z dodatkowego energooszczędnego wyświetlacza i wyłącza wszystkie funkcje oprócz pokazywania daty i godziny, liczenia kroków, mierzenia tętna (tylko ręcznie), śledzenia snu i NFC. Według producenta TicWatch w tym trybie na jednym ładowaniu może działać nawet 30 dni.

Podsumowując, według mnie TicWatch Pro 5 jest jednym z lepszych dostępnych na rynku smartwatchy z Wear OS, choć należy pamiętać o braku gwarancji dostępności aktualizacji systemu i poprawek zabezpieczeń. Urządzenie nie jest również specjalnie tanie – gdy je kupowałem, różne sklepy z elektroniką wyceniały je na około 1400 złotych, ale mnie udało się je kupić za 100 złotych mniej. O ile nie przeszkadza Wam cena i nie zależy Wam na najnowszym oprogramowaniu, mogę ten zegarek śmiało polecić.

Aktualizacja (28 maja 2024 r.): w kwietniu Mobvoi szukało chętnych do testów beta Wear OS 4 dla TicWatcha Pro 5, więc jest szansa, że zegarek doczeka się aktualizacji.

Zmiana sponsorującego koncernu farmaceutycznego – zamiast Pfizera będzie sponsorować mnie Novavax

Dziś tylko taka szybka informacja – trochę zmieniła się moja sytuacja finansowa. 26 grudnia pochwaliłem się w serwisie X (dawniej znanym jako Twitter, dopóki nie dobrał się do niego Elon Musk), że ostatnio przeciw COVID-19 nie zaszczepiłem się szczepionką Pfizera, tylko firmy Novavax:

Niestety ten wpis bardzo nie spodobał się Pfizerowi. Firma zareagowała błyskawicznie i jeszcze tego samego dnia dostałem takie pismo:

Pismo od Big Pharma Polska o następującej treści: Szanowny Panie, Z przykrością informujemy, że firma Pfizer Inc. podjęła decyzję o zakończeniu współpracy z Panem w trybie natychmiastowym. Pański wpis w serwisie X (dawniej Twitter) z dnia 26 grudnia 2023 r. o treści „Chyba Novavax robi szczepionki lepiej niż Pfizer, bo po ostatnim szczepieniu przeciw COVID-19 w ogóle nie miałem tego charakterystycznego bólu w miejscu wkłucia przez parę dni. Albo po prostu pielęgniarka bardzo dobrze zna się na swojej robocie” przyczynił się do zmniejszenia wyszczepialności szczepionką przeciw COVID-19 Comirnaty, co stanowi rażące naruszenie interesów firmy Pfizer Inc. Jak to jednak mawiają, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – ponieważ Pański wpis jednocześnie spowodował znaczne zwiększenie zainteresowania szczepionką przeciw COVID-19 Nuvaxovid firmy Novavax Inc., firma postanowiła podjąć z Panem współpracę. Na początek za każdy wpis w mediach społecznościowych promujący szczepienia firma może zaoferować Panu jedynie 2000 dolarów, jednak kwota ta z czasem trwania współpracy będzie wzrastać. Z Pańskiej strony nie są wymagane żadne dodatkowe działania – wszelkie niezbędne informacje, w tym numer konta do wypłaty wynagrodzenia, zostały już pobrane z mikrochipa, który otrzymał Pan podczas pierwszego szczepienia przeciw COVID-19. Liczymy na owocną współpracę i dziękujemy za dotychczasowy i przyszły wkład w promowanie szczepień i przemysłu farmaceutycznego.

Na początek Novavax za każdy wpis promujący szczepienia będzie mi płacić 2000 dolarów. Od Pfizera, gdzie miałem dłuższy staż, za każdy wpis dostawałem 10 000 dolarów. Krótko mówiąc, będę musiał pisać 5 razy więcej, aby utrzymać zarobki na dotychczasowym poziomie. Nie pozostaje mi więc nic innego niż zabrać się do pisania.

Czy wszystko to, co napisałem powyżej, to prawda? Odpowiedź na to pytanie tkwi w dacie publikacji tego postu.

Kieszonkowy głośnik Bluetooth z Action za 20 złotych – minirecenzja Pulsar Fabric Pocket

Przez dwa lata w moim warsztacie terapii zajęciowej trwał cykl konkursów fotograficznych, których motywem były poszczególne pory roku. W każdym konkursie trzech zwycięzców oraz dwie osoby wyróżnione otrzymywały w nagrodę jakieś gadżety. Ja również parę razy załapałem się na taką nagrodę, a jedną z nich jest głośnik, o którym dziś mowa.

Głośnik Bluetooth Pulsar Fabric Pocket
Fot. Pepper.pl

Pulsar Fabric Pocket to niewielki chiński głośniczek Bluetooth, który zmieści się w kieszeni. Jakiś czas temu był dostępny w ofercie sklepów Action w cenie 19,99 zł. Obecnie można go znaleźć choćby na Allegro, gdzie jego cena jest niestety zwykle dwukrotnie wyższa. Jeśli chodzi o jakość dźwięku, ten głośnik za 20 złotych gra jak… głośnik za 20 złotych – żadnych części ciała nie urywa, ale jednocześnie nie powoduje krwotoku z przewodu słuchowego. Jeśli lubisz dudnienie basami, to nie jest głośnik dla Ciebie – tutaj basów praktycznie nie ma. Wypada też wspomnieć, że głośnik wcale nie zajmuje całej powierzchni przedniej krawędzi urządzenia. Ma mniej więcej połowę jej wielkości i jest usytuowany w rogu – ot taka mała machlojka chińskiego producenta.

Do ładowania głośnik nie wykorzystuje portu MicroUSB, tylko bardziej współczesne USB typu C, za co należy się duży plus, bo w przypadku chińskich sprzętów z tym bywa różnie. Oczywiście port ten służy wyłącznie do ładowania głośnika, a próba podłączenia nośnika USB z muzyką nic nie da. Urządzenie jest za to wyposażone w wejście Jack, dzięki któremu możliwe jest podłączenie do źródła dźwięku w sposób przewodowy. Jakość wykonania jest dobra, ale o żadnej wodoodporności nie ma mowy – taplanie się w wodzie z tym głośnikiem nie będzie dobrym pomysłem. Producent deklaruje 8 godzin grania przy 70-procentowym poziomie głośności. Nie sprawdzałem tego dokładnie, ale przy rozsądnym poziomie głośności bez problemu będzie grać przez kilka godzin. Znajdująca się na jednym z rogów pętelka umożliwia przymocowanie głośnika przy użyciu karabińczyka albo jakiegoś sznurka do ubrania, plecaka albo czegokolwiek innego. Ze względu na zaokrągloną budowę głośnika nie da się położyć na bocznej krawędzi, o ile go o coś nie oprzemy.

Ogólnie jest to całkiem niezły głośnik. Nie gra na poziomie kosztujących setki złotych sprzętów JBL, ale mój warsztat terapii zajęciowej nie dysponuje takim budżetem, aby rozdawać w konkursach drogą elektronikę. Taki tani gadżecik jest jednak niezłym pomysłem na prezent albo nagrodę w takich konkursach jak wspomniane przeze mnie konkursy fotograficzne.

Co warto wiedzieć o szczepieniach przeciw grypie w sezonie 2023/2024

Na wszelki wypadek zacznę od tego, że ten post nie jest sponsorowany przez żaden koncern farmaceutyczny. Wbrew obiegowej opinii Big Pharma nie ma wyznaczonego specjalnego budżetu na nagradzanie milionów losowych użytkowników Internetu za wychwalanie szczepień.

Do tej pory zaniedbywałem coroczne szczepienia przeciw grypie, ale w tym roku to się zmieniło, mimo że na grypę nie choruję. Postanowiłem więc skorzystać z okazji i napisać trochę o szczepieniach przeciw grypie w tym sezonie chorobowym. Na początek wspomnę, że samo szczepienie nie bolało, a po szczepieniu ręka bolała mnie bardzo delikatnie – mniej niż po szczepieniu przeciw COVID-19, choć i wtedy ból był łagodny. Poważnych NOP-ów nie było – nie umarłem, nie zmieniłem się w cyborga (tak, ci ludzie naprawdę w to wierzą, a przynajmniej wierzyli w przeszłości), a mój autyzm nie dostał autyzmu. Głównym źródłem poniższych informacji jest strona szczepienia.pzh.gov.pl.

W Polsce coroczne szczepienia przeciw grypie zalecane są wszystkim od 6. miesiąca życia, o ile nie stwierdzono u nich przeciwwskazań do szczepienia. Bezpłatnie przeciw grypie mogą zaszczepić się:

  • dzieci w wieku od 6 miesięcy do osiągnięcia pełnoletności,
  • osoby starsze w wieku od 65 lat,
  • kobiety w ciąży.

Pozostałym osobom przysługuje 50-procentowa refundacja – ja za swoje szczepienie zapłaciłem około 25 złotych.

Skuteczność szczepionek przeciw grypie ocenia się na poziomie od 40 do 70%. Wydaje się to niewiele, ale i tak jest to lepszy wynik niż w przypadku niezaszczepienia się, którego skuteczność wynosi 0%.

W bieżącym sezonie grypowym stosowane są szczepionki wstrzykiwane Vaxigrip Tetra, Influvac Tetra i Efluelda (ta ostatnia ma zwiększoną zawartość antygenów i jest przeznaczona dla osób starszych) oraz donosowa Fluenz Tetra. Szczepionki przeciw grypie są wydawane na receptę, a zaszczepić się można w przychodni albo w aptece. Ja zaszczepiłem się w aptece od razu po kupieniu szczepionki – w ten sposób nie trzeba zawracać sobie głowy samodzielnym przechowywaniem szczepionki, którą powinno trzymać się w lodówce. Mapa punktów szczepień przeciw grypie jest dostępna na stronie pacjent.gov.pl/aktualnosc/zaszczep-sie-na-grype.

I jeszcze jedno na koniec: nie, od szczepionki przeciw grypie nie można zachorować na grypę, ponieważ nie zawiera żywego wirusa, tylko inaktywowanego („martwego”) lub jego białka. U niektórych mogą jednak wystąpić objawy grypopodobne – jest to znak, że układ odpornościowy reaguje na szczepionkę.

Fragment skeczu „Martwa papuga” Monty Pythona. Mężczyzna trzyma klatkę, z której wystaje głowa martwej papugi. Na górze napis „Uważasz, że zachorowałeś na grypę przez szczepionkę przeciw grypie?”. Na dole napis „To nie jest możliwe, ponieważ ta szczepionka jest tak martwa, jak ta papuga”.
Piękne upierzenie.
Źródło: skecz „Martwa papuga” Monty Pythona

This Is Internet przeszedł Wielki Reset!

Witam po ponad rocznej przerwie. Mogliście pewnie zauważyć, że blog wygląda teraz zupełnie inaczej. I słusznie, bo postanowiłem przeprowadzić gruntowny remont, a wręcz ponownie zbudować blog od zera. Oto niektóre nowości i zmiany:

  • Poprawiona dostępność dla osób z niepełnosprawnościami – większość zdjęć ma dodany tekst alternatywny, który opisuje zawartość zdjęcia, co jest ważne dla osób niewidomych i niedowidzących. Dodałem również proste narzędzie, które umożliwia między innymi zmianę rozmiaru czcionki i kontrastu. Aby je otworzyć, wystarczy kliknąć niebieską ikonkę po lewej stronie. Jeśli chodzi o standardy, raczej nie jest idealnie, ale lepsze to niż nic.
  • Od czasu powstania bloga wprowadzono RODO. Dodałem więc politykę prywatności.
  • Darowizny obsługiwane są teraz przez buycoffee.to. W przeciwieństwie do YetiPay buycoffee.to niczego nie komplikuje wymagając założenia konta i doładowania wirtualnego portfela – wystarczy zapłacić Blikiem lub przelewem internetowym. Darowizny wciąż są całkowicie dobrowolne i takie pozostaną – cała zawartość bloga zawsze będzie dostępna za darmo i bez reklam.
  • Galerie zdjęć korzystają teraz z funkcji wbudowanej w WordPressa zamiast z zewnętrznych wtyczek galerii, które parę razy przeciążyły mi serwer.
  • Multimedia są teraz zorganizowane trochę ładniej i nie są porozrzucane w folderach według roku i miesiąca tak jak to domyślnie robi WordPress. Niestety WordPress nie umożliwia tworzenia własnej struktury folderów przy dodawaniu multimediów, więc musiałem użyć do tego zewnętrznej wtyczki.
  • Blog jest teraz nieco mniej zaśmiecony – wywaliłem niepotrzebne i nieaktualne podstrony i widżety z paska bocznego.

Zastanawiałem się nad pozostawieniem poprzedniej formy bloga w zarchiwizowanej formie, ale ostatecznie zdecydowałem się na obecną formę. Istniejące linki do wpisów powinny wciąż działać. Zmiany w starszych wpisach są bardzo minimalne (poprawiłem głównie parę literówek), więc część linków prowadzących poza blog prawdopodobnie będzie martwa.

No, to tyle. Mam nadzieję, że te zmiany zachęcą mnie do częstszego dodawania wpisów, ale nie chcę niczego obiecywać. Dziś jest Wszystkich Świętych, więc powinniśmy odwiedzić naszych zmarłych krewnych i znajomych. Należy spodziewać się również spodziewać mocno wzmożonego ruchu na drogach. Uważajcie na siebie.

Pytania i odpowiedzi na temat Steam Decka

Steam Deck z wyświetlonym blogiem This Is Internet i hubem podłączonym do portu USB typu C

Jeśli obserwujecie moją stronę na Facebooku, wiecie pewnie, że niedawno sprawiłem sobie Steam Decka. A jeśli jakimś cudem słyszycie o Steam Decku po raz pierwszy, jest to przenośny komputer do gier stworzony przez Valve (tę firmę znaną ze stworzenia sklepu Steam i nieumiejętności liczenia do trzech). Więcej informacji o Steam Decku znajdziecie na stronie steamdeck.com. Dziś stworzyłem wpis z pytaniami, które możecie mieć przed zakupem urządzenia. Oczywiście mogę dodać więcej pytań jeśli coś mi przyjdzie do głowy. No to zaczynamy.

Ostatnia aktualizacja: 1 października 2022 r.

Czy poszczególne wersje Steam Decka różnią się specyfikacją?
Nie – różnią się jedynie pojemnością dysku (do wyboru są pojemności 64, 256 i 512 GB). Wersja 64 GB wykorzystuje jednak wolniejszy nośnik eMMC, zaś wersja 512 GB zamiast zwykłego szkła ma na ekranie antyrefleksyjne szkło trawione i dostajemy z nią bardziej ekskluzywny futerał.

Czy Steam Decka można naprawiać samodzielnie?
Krótka odpowiedź:

Mem „Well yes, but actually no”

Dłuższa odpowiedź: o ile otwarcie obudowy Steam Decka nie jest specjalnie trudne i nie wymaga specjalnych śrubokrętów, a iFixit oferuje poradniki i części zamienne (warto tu dodać, że iFixit ocenił naprawialność Steam Decka na 7/10, więc jest całkiem nieźle), o tyle Valve nie zaleca samodzielnego grzebania w urządzeniu. Według Valve otwarcie obudowy Steam Decka zmniejsza odporność urządzenia na upadki. Wymiana dysku na bardziej pojemny jest możliwa, ale Lawrence Yang (projektant Steam Decka) ostrzega, że takie zabawy mogą skrócić żywotność urządzenia (bardziej pojemne dyski zwykle pobierają więcej energii i nagrzewają się do wyższych temperatur niż te, do których Steam Deck został zaprojektowany), więc robicie to na własną odpowiedzialność. Steam Deck ma jednak otwór na kartę MicroSD, więc jeśli będziemy potrzebować więcej miejsca na dane, to rozwiązanie będzie bezpieczniejsze.

Czy Valve oferuje na Steam Decka jakąś gwarancję?
Tak – Steam Deck ma roczną gwarancję, a naprawy w ramach niej są bezpłatne. W celu wysyłki Steam Decka do naprawy możemy skontaktować się ze wsparciem technicznym Valve. Naprawy nieobjęte gwarancją są płatne. Po upływie gwarancji również możemy skorzystać z naprawy, ale będziemy musieli za nią zapłacić.

Czy kupując Steam Decka muszę jeszcze zapłacić za wysyłkę? Co z cłem i VAT-em?
Nie poniesiesz żadnych dodatkowych kosztów – zapłacisz dokładnie tyle, ile podano na stronie rezerwacji (a nawet trochę mniej, bo od ceny zostanie odjęte 18 złotych, które zapłaciłeś za rezerwację). Wysyłka jest już wliczona w cenę. Ponadto Steam Decki są wysyłane do Polski z magazynu w Holandii, więc o cło i VAT też nie musisz się martwić.

Jak długo po zakupie będę musiał czekać na swojego Steam Decka?
Średnio około tygodnia. Ja zamówiłem urządzenie w czwartek, w weekend status wysyłki zmienił się z „Przetwarzanie” na „Wysyłka wkrótce”, urządzenie zostało wysłane w poniedziałek i trafiło do mnie w czwartek.

Czy będę miał możliwość śledzenia przesyłki?
Tak. Twój Steam Deck zostanie wysłany za pośrednictwem GLS i dostaniesz numer przesyłki, dzięki któremu będziesz mógł ją śledzić.

Czy zarezerwowanie Steam Decka zobowiązuje mnie do zakupu? Grożą mi jakieś konsekwencje jeśli go potem nie kupię?
Nie – rezerwację możesz anulować w dowolnym momencie. Jeśli zrobisz to w ciągu 30 dni, opłata za rezerwację zostanie zwrócona na użytą przez Ciebie metodę płatności. Jeśli anulujesz zamówienie później, pieniądze zostaną zwrócone na Twój portfel Steam. Po otrzymaniu od Valve e-maila z informacją o możliwości zakupu Steam Decka będziesz mieć 3 dni na złożenie zamówienia. Jeśli tego nie zrobisz, Twoja rezerwacja zostanie po tym czasie anulowana, a opłata za rezerwację zostanie zwrócona na Twój portfel Steam. Jedyną prawdziwą konsekwencją anulowania rezerwacji lub niezłożenia zamówienia jest powrót na koniec kolejki oczekujących jeśli zdecydujesz się zarezerwować Steam Decka ponownie.

Czy rezerwując Steam Decka muszę od razu za niego zapłacić?
Nie – na tym etapie musisz jedynie zapłacić 18 złotych za rezerwację. Za urządzenie zapłacisz, kiedy dokończysz zamówienie po otrzymaniu e-maila od Valve.

Czy za zakup Steam Decka dostanę punkty Steam?
Tak.

Którą wersję Steam Decka powinienem wybrać?
Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam. Większość osób pewnie wybierze wyśrodkowaną cenowo wersję 256 GB, ale jeśli uważasz, że jednak potrzebujesz więcej miejsca, może warto będzie odłożyć jeszcze trochę pieniędzy na wersję 512 GB. Jeśli jednak masz niski budżet i nie przeszkadza Ci niska pojemność ani wolniejszy nośnik eMMC, możesz wybrać wersję 64 GB – w razie potrzebny dostępną przestrzeń dyskową możesz później rozszerzyć kartą MicroSD. Zastanów się, ile miejsca będziesz potrzebować jeszcze przed rezerwacją Steam Decka – jeśli zmienisz zdanie i będziesz chciał zamówić inną wersję, będziesz musiał anulować obecną rezerwację i wrócić tym samym na koniec kolejki.

Czy ładowarka dołączona do Steam Decka pasuje do polskich gniazdek?
Tak.

Steam Deck ma tylko jeden port USB typu C! Jak mogę podłączyć do niego więcej urządzeń?
W tym celu musisz zaopatrzyć się w hub USB lub skorzystać z Bluetooth.

Czy na Steam Decku można zrobić X, tak, jak na komputerze?
Tak – Steam Deck sam jest komputerem i można go wykorzystać nie tylko do gier. Może się jednak przydać wspomniany wyżej hub USB.

Nie odpowiada mi SteamOS. Czy mogę zainstalować na Steam Decku Windowsa lub jakąś inną niż SteamOS dystrybucję Linuksa?
Tak – jak już wspomniałem, Steam Deck jest komputerem. Możesz zainstalować na nim dowolny system operacyjny. Steam Deck nie jest jednak specjalnie zaprojektowany do pracy z innymi systemami, a bez fizycznej klawiatury i myszy raczej się nie obędzie. Sterowniki dla Windowsa znajdziesz na tej stronie.

Jak się obsługuje kursor w trybie pulpitu w SteamOS lub w innych systemach operacyjnych?
Prawy touchpad porusza kursorem, prawy spust odpowiada za lewy przycisk myszy, a lewy spust za prawy przycisk (nie, to nie jest błąd – w grach też często akcji wykonywanej lewym przyciskiem myszy odpowiada prawy spust na kontrolerze i odwrotnie). Możliwe jest też smyranie palcem, bo ekran Steam Decka jest dotykowy – w tym przypadku aby zasymulować prawy przycisk myszy, przytrzymaj palec na ekranie przez około sekundę.

Czy na Steam Decku jest dostępne menu BIOS?
Tak – aby je otworzyć, włącz Steam Decka, przytrzymując przycisk głośności w górę.

Czy na Steam Decku można uruchomić system operacyjny z pendrive’a lub karty MicroSD?
Tak – przytrzymaj przycisk głośności w dół podczas włączania Steam Decka, aby otworzyć menu rozruchu, gdzie wybierzesz nośnik, z którego chcesz uruchomić system operacyjny.

Czy na Steam Decku da się zainstalować obok siebie SteamOS i Windowsa?
Tak, chociaż jest to nieco bardziej skomplikowane, niż w przypadku bardziej popularnych dystrybucji Linuksa. Poniżej jeden z poradników na YouTube:

Przez jakiś czas nie zamierzam używać Steam Decka. Co zrobić, żeby nie zaszkodzić baterii?
Steam Deck ma specjalny tryb, który powinno się włączyć, gdy urządzenie ma leżeć przez dłuższy czas nieużywane. Aby go włączyć, wejdź do menu BIOS (włącz Steam Decka, trzymając przycisk głośności w górę). Następnie wybierz w menu kolejno „Setup Utility”, „Power” (w menu po lewej stronie) i „Battery Storage Mode”. Po potwierdzeniu operacji Steam Deck się wyłączy, a dioda obok przycisku zasilania mignie trzy razy. W tym trybie Steam Decka nie będzie można włączyć przyciskiem zasilania. Aby wyłączyć ten tryb, po prostu podłącz Steam Decka do ładowarki. Steam Decki są wysyłane z tym trybem włączonym – my również powinniśmy włączyć ten tryb, jeśli będziemy musieli odesłać Steam Decka do naprawy.

Na razie to tyle. A w nagrodę za czytanie do końca macie tu Windowsa XP na Steam Decku:

Steam Deck z uruchomionym systemem Windows XP i grami Pasjans i 3D Pinball

Pytania i odpowiedzi na temat Nintendo Switch

Ten tekst jest pewnego rodzaju dodatkiem do wczorajszego tekstu na temat konsoli Nintendo Switch. Służy on zaspokojeniu ciekawości osób, które myślą o zakupie tej konsoli albo są po prostu ciekawskie. W razie potrzeby mogę odpowiedzieć na więcej pytań.

Ostatnia aktualizacja: 19 maja 2022 r.

Czy 12 kwadratów na ekranie głównym oznacza, że mogę zainstalować tylko 12 gier?
Nie. Jedynym ograniczeniem jest wolne miejsce w pamięci wewnętrznej konsoli i na karcie MicroSD. Po zainstalowaniu więcej niż 12 gier pojawi się przycisk umożliwiający wyświetlenie pełnej listy zainstalowanych gier.

Czy Switch ma menu w języku polskim?
Niestety nie. Musimy zadowolić się językiem angielskim.

Czy na Switchu można wpisywać polskie znaki diakrytyczne?
A można, jak najbardziej. Jeszcze jak.

W jakiej walucie płaci się w eShopie w Polsce?
W złotówkach. Sam jestem tym faktem mile zaskoczony.

Wiem, że na Switchu można robić zrzuty ekranu. Czy można też nagrywać filmy?
Tak. Jeśli przytrzymamy przycisk do robienia zrzutów ekranu, konsola zapisze w formie filmu ostatnie 30 sekund rozgrywki. Dla niektórych wadą może być jednak fakt, że konsola zapisuje filmy tylko w 30 klatkach na sekundę i rozdzielczości 720p, nawet jeśli jest podłączona do telewizora.

Czy można skopiować zrobione zrzuty ekranu i filmy na komputer?
Tak. Wystarczy podłączyć kartę MicroSD do komputera. Bez problemu będzie można tam znaleźć zrzuty ekranu i filmy – konsola nie szyfruje po swojemu zawartości karty.

Jeśli umieszczę własne zdjęcia i filmy na karcie MicroSD, czy pojawią się one w albumie konsoli?
Nie. Aplikacja albumu całkowicie je zignoruje i ich nie wyświetli. Prawdopodobnie konsola, zapisując zrzuty ekranu i filmy, dodatkowo umieszcza je na jakiejś wewnętrznej liście, a album ignoruje pliki, które na tej liście się nie znajdują.

Czy na Switcha są dostępne gry w języku polskim?
Tak – Fortnite i Townscaper na przykład umożliwiają ustawienie w opcjach języka polskiego. Niestety eShop nie wymienia języka polskiego w liście obsługiwanych języków poszczególnych gier, ale listę gier na Switcha dostępnych w naszym języku znajdziemy m.in. tutaj.

Czy na Switchu można grać w gry ze starszych konsol Nintendo?
Tak, ale wymaga to zakupu abonamentu Nintendo Switch Online, który na szczęście jest całkiem tani. Zyskujemy wówczas do różnych klasyków na konsole NES i SNES (tak, do gier z Mario też). Mamy przy tym możliwość zapisu stanu gry w dowolnym momencie (do dyspozycji mamy 4 miejsca na zapis w każdej grze) i przewijania gry do tyłu. Abonament rozszerzony daje nam dodatkowo dostęp do gier z konsol Nintendo 64 i Sega Genesis (poza USA znanej jako Sega Mega Drive).

Co daje abonament Nintendo Switch Online?
Możliwość gry wieloosobowej przez Internet (tęsknię za czasami gdy Sony i Nintendo nie kazały sobie płacić za granie z innymi online na swoich konsolach), synchronizację zapisów gier w chmurze, możliwość korzystania z aplikacji mobilnej Nintendo Switch Online (daje ona dostęp do czatu głosowego i dodatkowych funkcji w określonych grach) oraz wspomniany dostęp do gier na starsze konsole Nintendo.

Ile kosztuje abonament Nintendo Switch Online?
16 zł za miesiąc, 32 zł za kwartał i 80 złotych za rok. Można też kupić abonament rodzinny, z którego może korzystać do ośmiu użytkowników – kosztuje on 140 zł za rok. Abonament rozszerzony w wersji indywidualnej kosztuje 170 zł za rok, a w wersji rodzinnej 290 zł za rok. Niestety w przypadku abonamentu rozszerzonego nie można płacić miesięcznie ani kwartalnie. Domyślnie abonament jest odnawiany automatycznie, ale można łatwo to wyłączyć.

Jak Metroid na NES-a zareaguje na słynne hasło „ENGAGE RIDLEY MOTHER F🤬🤬🤬ER”?
Tak:

Różne konsole i emulatory reagują na to hasło w różny sposób. Więcej o tym haśle można poczytać na wiki gry. Co zabawne, hasło „ENGAGE RIDLEY MOTHER🤬🤬🤬FER” generuje stan gry, w którym Ridley (jeden z głównych antagonistów serii Metroid) został pokonany.

Co się stanie, jeśli podłączę do konsoli klawiaturę lub myszkę?
Na myszkę konsola nie będzie reagować, ale klawiatury można używać do wpisywania tekstu w polach tekstowych – w ten sposób wpisywanie tekstu jest wygodniejsze niż przy użyciu Joy-Conów lub ekranu dotykowego. Istnieją jednak specjalne adaptery, które umożliwiają grę na Switchu przy użyciu klawiatury i myszki – więcej na ten temat można przeczytać na przykład tutaj.

Co się stanie, jeśli podłączę do konsoli nieobsługiwanego pada?
W przypadku na przykład pada do Xboksa 360 będzie świecić logo Xboksa, ale poza tym konsola na niego nie zareaguje.

Czy Nintendo Switch obsługuje słuchawki i głośniki Bluetooth?
Tak – obsługa urządzeń audio Bluetooth została dodana w ramach aktualizacji oprogramowania konsoli 14 września 2021 r. Wystarczy skorzystać z opcji „Bluetooth® Audio” w ustawieniach. Nintendo nawet pochwaliło się tym na Twitterze.

Co się stanie, jeśli włożę lub wyjmę kartę MicroSD, gdy konsola będzie włączona?
Konsola wybuchnie wyświetli komunikat z informacją, że kartę MicroSD należy wkładać i wyjmować tylko, gdy konsola jest wyłączona. Po wyświetleniu komunikatu jedyną możliwą akcją będzie wyłączenie konsoli.

Wciśnięcie przycisku zasilania sprawia, że konsola wchodzi w tryb uśpienia. Jak ją całkowicie wyłączyć?
Przytrzymaj przycisk zasilania przez 3 sekundy. Wyświetli się menu, w którym należy wybrać Power Options, a następnie Power Off. Znajduje się tam również opcja Restart, której działanie jest raczej oczywiste.

Jak uruchomić ukrytą przeglądarkę internetową na Nintendo Switch

Nintendo Switch z wyświetlonym blogiem This Is Internet

Po mało udanej konsoli Wii U Nintendo wydało Switcha – konsolę łączącą cechy konsoli mobilnej i stacjonarnej. Switch sprzedaje się zdecydowanie lepiej niż Wii U – 103,5 miliona sprzedanych egzemplarzy podczas gdy egzemplarzy Wii U sprzedano zaledwie 13,5 miliona (stan na 31 grudnia 2021 r.). Pewną ciekawostką na temat tej konsoli jest fakt, że nie można na niej korzystać z przeglądarki internetowej – a przynajmniej nie oficjalnie. To trochę dziwne, bo WiiDS3DS i Wii U umożliwiały normalne przeglądanie Internetu. Prawdopodobnie Nintendo uznało, że skoro do przeglądania Internetu mamy smartfony i Smart TV, to nie ma sensu pakować do ich konsoli przeglądarki internetowej. Switch ma jednak przeglądarkę, ale normalnie nie jest ona dostępna dla użytkownika i trzeba użyć pewnej sztuczki, aby się do niej dostać. Na szczęście proces jest dość prosty i nie wymaga ingerencji w oprogramowanie konsoli, więc nie trzeba się obawiać, że stracimy gwarancję albo że Nintendo zbanuje naszego Switcha. Niestety Nintendo, zamiast oficjalnie udostępnić przeglądarkę, uparcie stara się utrudnić nam życie – po aktualizacjach przeglądarka odmawia odtwarzania filmów na stronach takich jak YouTube i sama zamyka się po pewnym czasie. Miejmy nadzieję, że dostęp do przeglądarki nie zostanie całkowicie zablokowany po jednej z aktualizacji oprogramowania.

Jak więc dostać się do przeglądarki internetowej na Switchu? Jak już wspomniałem, proces jest dość prosty – wymaga tylko umiejętności poruszania się po menu i korzystania z klawiatury ekranowej. Zakładając, że już połączyliśmy konsolę z Wi-Fi, należy wykonać następujące kroki:

  1. Z poziomu ekranu głównego konsoli wchodzimy do ekranu ustawień przy użyciu okrągłego przycisku z kołem zębatym.
  2. W menu wybieramy pozycję Internet, a następnie Internet Settings.
  3. Wybieramy sieć Wi-Fi, z którą jest połączona konsola, a następnie Change Settings.
  4. Przewijamy w dół i odnajdujemy pozycję DNS Settings. Zmieniamy ją z Automatic na Manual.
  5. W nowym polu Primary DNS wprowadzamy adres IP 045.055.142.122. Pola Secondary DNS nie musimy modyfikować.
  6. Zapisujemy zmiany, używając przycisku Save po prawej stronie.

I gotowe. Aby uruchomić przeglądarkę, wystarczy uruchomić aplikację News (okrągły przycisk z czerwoną ikoną na ekranie głównym) i wcisnąć przycisk Find Channels. Gdy skończymy korzystać z przeglądarki, zmieniamy wartość DNS Settings w menu ustawień Internetu z powrotem na Automatic – dopóki tego nie zrobimy, pozostałe funkcje sieciowe konsoli prawdopodobnie nie będą działać. Konsola zapamięta adres IP serwera DNS, więc nie trzeba go ponownie wprowadzać za każdym razem gdy znowu chcemy skorzystać z przeglądarki.

Jeśli chcecie, możecie też podpisać petycję na Change.org, aby Nintendo oficjalnie udostępniło przeglądarkę na Switchu użytkownikom. Aktualnie petycja ma ponad 13 tysięcy podpisów. Nie wiem, czy ta petycja wpłynie na decyzję Nintendo, ale zawsze warto spróbować. To nic nie kosztuje.

Na koniec w nagrodę za czytanie do końca mam taki protip ode mnie – nie popełnijcie tego samego błędu co ja i nie kupujcie oficjalnej karty MicroSD od Nintendo. Nie chodzi mi tu o awaryjność ani szybkość działania, tylko o cenę. Karta pamięci z logo Nintendo Switch o pojemności 256 GB kosztowała mnie aż 229 złotych. Za kartę MicroSD o takiej samej pojemności na przykład od Samsunga albo od SanDisk, ale bez logo Nintendo Switch, zapłacimy o jakieś 70-80 zł mniej. Szkoda, że dowiedziałem się o tym trochę za późno – w przeciwnym razie zaoszczędziłbym trochę pieniążków. No trudno. Życzę udanej reszty miesiąca.

Dlaczego w kwietniu nie zaświecę się na niebiesko i Ty też nie powinieneś

Jutro zaczyna się kwiecień – miesiąc uważany za miesiąc świadomości autyzmu. Niestety wiele osób nie rozumie jak prawidłowo powinno się to świętować. O ile w Stanach Zjednoczonych trochę osób wie na czym polega problem, o tyle w Polsce problemu praktycznie nie widzi nikt.

Po pierwsze – świecenie się na niebiesko. Wprawdzie jest to mój ulubiony kolor, ale niestety kojarzy się on z kontrowersyjną organizacją Autism Speaks, która przynosi osobom autystycznym więcej szkody niż pożytku. Organizacja ta postrzega autyzm jako chorobę, którą powinno się leczyć. W 2018 roku organizacja na pomoc osobom autystycznym i ich rodzinom przeznaczyła tylko 1% swojego budżetu. Jest też odpowiedzialna za film pod tytułem „I Am Autism”, który opisuje autyzm jako coś co „działa szybciej niż pediatryczne AIDS, rak i cukrzyca razem wzięte” i „jeśli jesteś w szczęśliwym związku małżeńskim, sprawi, że Twoje małżeństwo się rozpadnie” (linku do filmu nie dodam, ale można go łatwo znaleźć choćby na YouTube). Kiedyś też wierzyli w związek szczepień z autyzmem (już milion razy tłumaczyłem, że takiego związku nie ma), ale na szczęście się z tego wycofali.

Oprócz Autism Speaks kolor niebieski propaguje stereotyp, że autyzm dotyczy tylko mężczyzn. Autyzm diagnozuje się również u kobiet, ale przez takie stereotypy diagnozuje się go u kobiet rzadziej, co prowadzi do niepotrzebnych trudności w ich życiu.

Teraz kwestia symbolu kawałka puzzli. Sugeruje on, że autyzm jest problemem, który trzeba rozwiązać, a osoby autystyczne „nie pasują”. Początkowo w skład symbolu wchodziła głowa płaczącego dziecka, co miało sugerować, że autyzm jest powodem cierpienia. I wreszcie kojarzy się on z Autism Speaks. Zamiast symbolu kawałka puzzli lepiej używać tęczowego znaku nieskończoności, który symbolizuje neuroróżnorodność.

No i świadomość. Ludzie już są świadomi autyzmu. Osoby autystyczne potrzebują akceptacji. I to właśnie powinno się „świętować” – akceptację autyzmu, nie świadomość. Bo już jesteśmy świadomi.

I jeszcze jedna kwestia na koniec – „świecimy się na niebiesko”, propagujemy „świadomość autyzmu”, ustawiamy niebieskie nakładki na zdjęcia profilowe itp., a mimo to nic faktycznie nie robimy dla osób autystycznych. Takie akcje bez niesienia faktycznej pomocy pomagają osobom autystycznym tak samo jak myśli i modlitwy pomagają głodującym dzieciom. Pomagajmy realnie, a nie tylko wirtualnie.

Oto co faktycznie warto robić jeśli chodzi o autyzm – przykładów jest więcej, ale wymienię jedne z najciekawszych i najistotniejszych:

  • Zamiast koloru niebieskiego używaj koloru czerwonego lub złotego – symbolem złota w układzie okresowym pierwiastków jest Au, a więc pierwsze dwie litery słowa „autyzm”.
  • Zamiast hashtagu #LightItUpBlue używaj hashtagów #RedInstead, #ToneItDownTaupe lub #LightItUpGold.
  • Zamiast symbolu kawałka puzzli używaj tęczowego znaku nieskończoności.
  • Nie nazywaj autyzmu chorobą. Autyzm jest częścią osobowości, a nie czymś co powinno się leczyć.
  • Słuchaj co osoby autystyczne mają do powiedzenia – a nie tylko co do powiedzenia mają ich rodzice i opiekunowie.
  • Nie propaguj świadomości autyzmu – propaguj akceptację autyzmu.
  • Udostępniaj znajomym artykuły pisane przez osoby autystyczne.
  • Traktuj osoby autystyczne z należytym im szacunkiem i zrozumieniem.
  • Dziel się faktami o autyzmie z osobami, które nie rozumieją autyzmu.
  • Wspieraj twórczość osób autystycznych – kupuj ich wyroby, muzykę, gry komputerowe itp.
  • Przekaż darowiznę na rzecz jakiejś organizacji działającej na rzecz osób autystycznych.
  • Dołącz do internetowej społeczności osób autystycznych.
  • Zaprzyjaźnij się z osobą autystyczną.

COVID-19 jest testem dla ludzkości – i niestety go oblaliśmy

Mem „Change My Mind” z napisem „Zasłużyliśmy na tę pandemię”

Ten tekst pierwotnie napisałem na swoim profilu na Facebooku na przełomie 18 i 19 października, ale pomyślałem, że warto wstawić go również tutaj.


Zaczynam mieć tego wszystkiego dość.

W Polsce mamy teraz po kilka tysięcy nowych przypadków COVID-19 dziennie i prawie codziennie osiągamy nowe rekordy. W ciągu najbliższych kilku dni niemal na pewno pokonamy barierę 10 tysięcy nowych przypadków dziennie Liczbę 10 000 nowych przypadków przekroczyliśmy 22 października osiągając ich 12 107.

Jako ludzkość powinniśmy działać razem i starać powstrzymać się rozprzestrzenianie wirusa, ale niestety wielu z nas jest egoistami i myśli tylko o sobie. Narzekamy, że metody walki z pandemią naruszają nasze prawa, ale zapominamy, że życie w społeczeństwie to nie tylko prawa, ale i obowiązki i odpowiedzialność. Uważamy, że problem nie istnieje, ponieważ ani my ani nasi bliscy nie są zarażeni, a tymczasem zdarza się, że ludzie umierają, bo nie ma dla nich miejsc w szpitalach.

Dodatkowo pandemię napędzają różne idiotyczne teorie spiskowe o spisku rządu, lekarzy i koncernów farmaceutycznych, 5G, Billu Gatesie i mikrochipach w szczepionkach. Przyznaję, że w rządzie przekręty i niekompetencja to żadna nowość, ale praktycznie żaden rząd nie jest na tyle głupi żeby niszczyć sobie gospodarkę bez powodu. Osoby wierzące w teorie spiskowe nie powołują się na dowody tylko na posty na jakichś dziwnych blogach i filmy pseudodokumentalne z żółtymi napisami na YouTube, a cherry-picking nie jest im obcy. Mówią „myśl samodzielnie!”, a sami łykają każdą teorię spiskową jak pelikany i bezmyślnie kopiują je jak jakieś papugi nawet przez chwilę nie zastanawiając się czy coś z tymi teoriami może być nie tak. Równie dobrze mogliby sobie kupić klawiatury na których są tylko klawisze Ctrl, C i V.

W zeszłych latach nie przypuszczałem jak wielką aferę można zrobić o kawałek tkaniny – mowa tu oczywiście o maseczkach. Wielu z nas kombinuje jak może żeby tylko nie musiało założyć „kagańca”. Pewnie znaleźliby się nawet tacy, którzy woleliby 5 lat tortur niż 5 minut noszenia maseczki. Zadaniem maseczki jest przede wszystkim chronienie przed zakażeniem innych osób przez nas (co jest szczególnie ważne jeśli przechodzimy chorobę bezobjawowo lub jeszcze nie mamy objawów), ale istnieje też hipoteza, że maseczka ograniczając ilość docierającego do nas wirusa może sprawić, że przejdziemy chorobę łagodniej. Owszem, maseczki nie są idealne – dlatego ważne są też częste mycie lub dezynfekcja rąk i zachowanie dystansu społecznego.

Ponadto wielu z nas zamiast ekspertów słucha celebrytów bez kwalifikacji medycznych oraz Grażyn i Sebiksów z Facebooka, którzy padli ofiarą efektu Dunninga-Krugera i uważają, że kilka minut przeglądania Google i YouTube’a daje większą wiedzę niż kilka lat studiów medycznych. Normalni ludzie mając zepsuty samochód idą do mechanika, a potrzebując porady prawnej idą do prawnika. Jeśli więc potrzebujemy porady medycznej, powinniśmy pójść do lekarza, a nie do fryzjerki. Oczywiście zdarza się, że eksperci się mylą, ale prawdziwi eksperci przyznają się do swoich błędów i uczą się na nich, a nie rzucają wyzwyskami i nie blokują na mediach społecznościowych gdy ktoś ośmieli się ich skrytykować.

Krótko mówiąc, powinniśmy walczyć z pandemią, a zamiast tego ułatwiamy jej zadanie. Jak powiedział Dawid Ciemięga, w tym roku wiele osób oblało egzamin z człowieczeństwa.