Pokémon GO

Zrzut ekranu z gry Pokémon GO przedstawiający jajo w inkubatorze. Wymagany do jego wyklucia się przebyty dystans wynosi 6,6 z 10 kilometrów.
Założę się, że wykluje się Pidgey. Znowu. Screenshot pożyczony stąd: https://imgur.com/gallery/S1A0c

Jeśli przez ostatnie kilka tygodni nie żyliście w jaskini, na pewno słyszeliście o grze na smartfony pod tytułem Pokémon GO, która ukazała się 6 lipca tego roku, a w Polsce została udostępniona 16 lipca. Jest to gra działająca w oparciu o rzeczywistość rozszerzoną, stworzona przez firmę Niantic (firma ta jest znana z innej gry opartej o rzeczywistość rozszerzoną pod tytułem Ingress). Gra ta kręci się wokół znanej japońskiej serii gier, mang i anime Pokémon. W grach tych wcielamy się w trenera, który łapie tytułowe Pokemony i posyła je do walki z Pokemonami innych trenerów. W Pokémon GO sami jesteśmy takim trenerem.

Mapę Pokémon GO stanowi nie świat wirtualny, a rzeczywisty, ten w którym żyjemy. Przemieszczanie się po mapie gry wymaga fizycznego przemieszczania się gracza w rzeczywistości. Na mapie losowo pojawiają się Pokemony, które możemy złapać. Jeśli w pobliżu nas znajdzie się Pokemon, należy go dotknąć na ekranie smartfona aby uzyskać szansę złapania go. Odbywa się to przez rzucenie w niego Pokéballem w którym stworek zostanie uwięziony. Zapas Pokéballi jest ograniczony, a dodatkowo może się zdarzyć, że nie trafimy w Pokemona albo że stworek po prostu się uwolni. Oprócz tego w różnych stałych miejscach na mapie możemy znaleźć dwa podstawowe elementy: PokéStopy, które umożliwiają uzupełnienie zapasu Pokéballi i innych przedmiotów, a czasami także dają jaja z których może wykluć się jakiś Pokemon (jaja należy umieścić w inkubatorze i przejść określoną liczbę kilometrów; mogą one wymagać przejścia dwóch, pięciu lub dziesięciu kilometrów – im więcej, tym rzadszy Pokemon się z nich wykluje) oraz stadiony na których możemy toczyć walki.

Poszczególne czynności dają nam punkty doświadczenia, które umożliwiają nam osiągnięcie kolejnych poziomów doświadczenia i odblokowanie dalszej zawartości gry. Na poziomie piątym zyskujemy możliwość walki na stadionach, ale przedtem musimy przyłączyć się do jednej z trzech drużyn. Stadiony w grze są kontrolowane przez poszczególne drużyny, więc naszym zadaniem jest przejęcie stadionu dla naszego zespołu. Po przejęciu stadionu można na nim trenować lub zostawić na nim jednego ze swoich Pokemonów aby go bronił.

Jakie są zalety gry? Po pierwsze, dzięki niej możemy wreszcie spełnić nasze marzenie o zostaniu trenerem Pokemonów. Po drugie, gra uzależnia i zachęca do ruszenia tyłka z fotela. Są nawet historie osób którym Pokémon GO pomaga w walce z depresją, co mnie bardzo cieszy. Po trzecie, ta gra jest dobra do promowania swojego biznesu. W sieci można nawet znaleźć poradniki na ten temat!

No dobrze, zalety sobie wymieniliśmy, więc pora na wady. Po pierwsze, gra uzależnia, i to do tego stopnia, że niektórzy pracodawcy muszą przypominać pracownikom aby nie grali w godzinach pracy, a na tablicach świetlnych wyświetlane są ostrzeżenia aby nie grać podczas prowadzenia samochodu. Tak, zdarzają się historie w których gracze są tak zaabsorbowani grą, że kompletnie ignorują otoczenie, co prowadzi do wypadków. Po drugie, możliwość umieszczania modułów przyciągających Pokemony w PokéStopach można wykorzystać do złych celów. Po trzecie, czasami przez tę grę ludzie wkraczają na tereny prywatne i inne miejsca w których nie powinni się znajdować. Po czwarte, zakupy w aplikacji. Rozumiem, że tego typu gry tworzy się po to aby zarobić, ale 480 zł za największy pakiet monet?! Jak ktoś wydaje takie pieniądze na grę mobilną (a pewnie tacy ludzie się znajdą), to coś jest z nim nie tak. Na szczęście nie trzeba kupować monet żeby dało się normalnie grać (i można je zarobić w grze, ale w małych ilościach), choć gracze mieszkający na wsi i w innych miejscach gdzie praktycznie nie ma PokéStopów mogą mieć problem. Po piąte, gra nie przypomina tradycyjnych gier o Pokemonach (walka w czasie rzeczywistym zamiast systemu turowego, brak konieczności osłabienia Pokemona przed jego złapaniem itd.). Po szóste, gra jest jeszcze w fazie beta i błędy oraz problemy z dostępem do serwerów są nieuniknione. Po siódme, braki w zawartości (m.in. brak możliwości walki i wymieniania się Pokemonami z innymi osobami), ale tego typu rzeczy pewnie zostaną dodane w późniejszych aktualizacjach. Po ósme, ludzie, którzy podział na drużyny w grze traktują zbyt serio i wszelkie nieprzyjemności wynikające tylko z tego, że przyłączyłeś się do innej drużyny niż ktoś inny.

Podsumowując, fajnie, że Pokémon GO przywróciło modę na Pokemony, ale do doskonałości jeszcze tej grze sporo brakuje. O ile jest to ciekawa gra i zdarza mi się czasami popykać, o tyle lepiej według mnie jest kupić sobie jakąś przenośną konsolę od Nintendo i na niej grać w Pokemony.

Depresja

Dziś chciałbym poruszyć dość ważny temat – depresję. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, osoby z Zespołem Aspergera są dość poważnie narażone na depresję. Po drugie, sporo osób myli depresję ze zwykłym smutkiem. W odróżnieniu od zwykłego smutku depresja jest chorobą, którą należy leczyć. Zacznę od wymienienia objawów depresji (na podstawie tego źródła). Należy zaznaczyć, że nie każda depresja jest identyczna i różni ludzie mogą odczuwać różne objawy o różnym nasileniu. I tak:

  • przedłużające się uczucie smutku, niepokoju, pustki,
  • poczucie beznadziei, pesymizm,
  • poczucie winy, braku wartości, bezsilności,
  • utrata zainteresowania lub przyjemności z czynności, które niegdyś sprawiały nam radość,
  • zmniejszenie energii, zmęczenie
  • trudności z koncentracją, zapamiętywaniem, podejmowaniem decyzji,
  • zaburzenia snu (zarówno spanie za mało jak i za dużo),
  • utrata apetytu i/lub wagi albo przeciwnie – przejadanie się, przybieranie na wadze,
  • myślenie o śmierci, myśli lub próby samobójcze,
  • niepokój, drażliwość,
  • przedłużające się objawy fizyczne, które nie zmieniają się pod wpływem leczenia (np. ból głowy, zaburzenia trawienia, bóle w różnych miejscach ciała).

Możliwe, że czytasz ten wpis z ciekawości albo Ty lub ktoś kogo znasz może cierpieć na depresję. Nie jestem lekarzem, ale spróbuję dać Ci parę wskazówek.

Jeśli to Ty masz depresję:

  • Nie daj sobie wmówić, że to coś z Tobą jest nie tak. Depresja powoduje, że Twój mózg pracuje inaczej. Pamiętaj – depresja nie oznacza, że jesteś słaby tylko że byłeś silny przez zbyt długi czas.
  • Skorzystaj ze wsparcia rodziny i przyjaciół. Pomoc i wsparcie od innych ludzi jest nieocenione przy depresji.
  • Nie wstydź się pójść do lekarza. Lekarz może Ci tylko pomóc (a jeśli nie, zawsze możesz sobie znaleźć innego lekarza 😛).
  • Unikaj „leczenia” depresji przy pomocy używek – mam tu na myśli zwłaszcza alkohol. Alkohol jest depresantem i na dłuższą metę tylko pogorszy sprawę lub nawet doprowadzi do alkoholizmu.
  • Jeśli odczuwasz taką potrzebę, możesz zadzwonić na jakiś telefon zaufania. Jeśli wolisz rozmawiać przez czat, wypróbuj 7 Cups. Możesz tam porozmawiać za darmo i anonimowo z którymś z wielu specjalnie przeszkolonych słuchaczy. Jest to serwis zagraniczny, ale można na nim także znaleźć słuchaczy z Polski. Każdy kto lubi pomagać innym może nawet sam zostać słuchaczem.
  • Jeżeli masz myśli samobójcze, sprawa jest naprawdę poważna. Powinieneś jak najszybciej szukać pomocy.

Jeśli ktoś kogo znasz ma depresję i chciałbyś mu pomóc:

  • Staraj się wspierać tę osobę i zapewnij ją, że zawsze może na Ciebie liczyć i że nie zostawisz jej samej. Nie zaniedbuj jednak przy tym siebie.
  • Nie mów osobie z depresją, że sobie to tylko wymyśliła. Zastanów się – kto normalny chciałby czuć się nieszczęśliwy?
  • Nie mów, że Ty lub inni mają gorzej. Jedyne do czego w ten sposób doprowadzisz to poczucie winy, a budząc u osoby z depresją poczucie winy tylko dolewasz oliwy do ognia.
  • Z tego samego powodu co wyżej nie wypominaj osobie z depresją jak dobrze ma w życiu. Jak powiedział Stephen Fry, mówienie komuś, że ma pieniądze, pracę i jest lubiany, więc nie ma powodu żeby miał depresję jest tak samo głupie jak mówienie komuś, że nie ma powodu żeby miał astmę albo odrę.
  • Odpuść sobie mówienie osobie z depresją żeby się czymś zajęła albo się poruszała. Po pierwsze, dla takiej osoby zmuszenie się do czegokolwiek (choćby do wstania z łóżka) to duży wysiłek, a robienie czegoś na siłę to nie wyjście. Po drugie, mimo że zajęcie lub ruch może odwrócić uwagę od problemów, to tylko chwilowe rozwiązanie. Owszem, ruch jest zdrowy i może zapobiec różnym chorobom (w tym depresji), ale jak już zachorujemy, najlepszym lekarzem jest… lekarz. Jak wspominałem wcześniej, depresja jest chorobą, którą należy leczyć.
  • Teksty typu „weź się w garść” także do niczego nie prowadzą, więc je też sobie daruj.
  • Nie krytykuj. Nie osądzaj.
  • Myśli samobójcze należy traktować poważnie, gdyż oznaczają one, że osoba dotknięta depresją pilnie potrzebuje pomocy. Zwracaj szczególną uwagę na mówienie o śmierci, sięganie po używki, nagłą poprawę nastroju, załatwianie spraw (sprzedawanie lub rozdawanie rzeczy, spłacanie długów, pisanie testamentu itp.) i niebezpieczne zachowania (np. przekraczanie dozwolonej prędkości podczas jazdy samochodem).

Depresja to paskudne choróbsko i nie życzę absolutnie nikomu żeby musiał się z nią zmagać. Mam nadzieję, że ten post chociaż trochę komuś pomoże. Jeśli macie własne porady na temat walki z depresją, możecie podzielić się nimi w komentarzu, a ja mogę je uwzględnić w poście.

XVIII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej w Katedrze w Pelplinie

Pieśni kościelne na blogu o tematyce informatyczno-naukowej! Świat się kończy! No ale cóż – pojechałem z mamą, ciotką i wujkiem do Pelplina posłuchać organów, ale było więcej śpiewania niż gry na organach. Dziś śpiewał francuski zespół Trecanum, a na organach grał Gedymin Grubba. Wziąłem ze sobą aparat, więc przy okazji nagrałem parę fragmentów i zlepiłem je w poniższy film:

Mnie muzyka kościelna osobiście nie kręci, ale jeśli Wy jesteście zainteresowani, o festiwalu możecie poczytać tutaj. Aha, na wszystkie koncerty można wejść za darmo.

Ćwiczenia NIE są najlepszym sposobem na schudnięcie

Drogie Państwo, dziś muszę czymś namieszać. Otóż badania wykazały, że aktywność fizyczna nie jest najlepszym sposobem na zrzucenie zbędnych kilogramów. Zanim przyjdą Wam do głowy jakieś dziwne pomysły, ten post nie ma na celu namówienia Was do zrezygnowania z aktywności fizycznej, więc nie wyrzucajcie karnetów na siłownię i nie wystawiajcie swoich rowerów na Allegro. Aktywność fizyczna jest ważna ze względu na jej korzyści dla zdrowia – po prostu nie jest ona największym sprzymierzeńcem przy walce z nadwagą. Nie mówię, że nie da się schudnąć przez ćwiczenia, ale jest to niepotrzebnie utrudnione. Teraz ujawnię Wam sekret o którym trenerzy fitnessu i dietecycy nie chcą abyście się dowiedzieli, i to całkowicie za darmo – aby schudnąć, należy się nie obżerać. To tyle tytułem wstępu. Teraz zapraszam na film, który porusza dzisiejsze zagadnienie:

Rozumiem, że nie każdy jest orłem z angielskiego, więc wymienię parę informacji zawartych w filmie:

  • Ludzki organizm spala kalorie na trzy główne sposoby. Najwięcej kalorii organizm spala przez metabolizm spoczynkowy, czyli po prostu przez normalne funkcjonowanie. Kalorie spalane przez aktywność fizyczną – jedyny sposób w jaki możemy kontrolować liczbę spalanych kalorii – są dopiero na drugim miejscu i stanowią od 10 do 30% ogólnej liczby spalanych kalorii. Na trzecim miejscu znajduje się „obróbka” jedzenia przez nasz układ pokarmowy.
  • Według pewnego badania, gdyby mężczyzna o wadze 200 funtów (90,7 kg) biegałby godzinę dziennie 4 razy w tygodniu przez miesiąc, straciłby on najwyżej 5 funtów (2,27 kg).
  • Często po ćwiczeniach sobie odpuszczamy (na przykład jedziemy windą zamiast wchodzić po schodach po porannym joggingu) albo na różne sposoby nieświadomie sprawiamy, że cały nasz wysiłek włożony w ćwiczenia idzie na marne – na przykład „nadrabiając” spalone kalorie jakąś przekąską (po intensywnym wysiłku fizycznym czujemy większy głód). Nie myśl sobie, że „trochę sobie poćwiczyłem, więc teraz mogę napić się coli” – to tak nie działa.
  • Pewne badanie z 2012 r. skupiło się na tanzańskiej grupie łówców-zbieraczy o nazwie Hadza. Badanie to wykazało, że mimo wysokiej aktywności fizycznej tej grupy nie spalają oni więcej kalorii niż dorośli ludzie z USA czy Europy.

No, to tyle. A żeby nie było wątpliwości, przypomnę raz jeszcze:

  • Celem tego postu NIE jest namówienie do rezygnacji z aktywności fizycznej.
  • Aktywność fizyczna jest ważna dla zdrowia, więc nie należy z niej rezygnować.
  • Schudnięcie przez aktywność fizyczną nie jest niemożliwe, ale nie jest łatwe.

Recenzja aparatu fotograficznego Canon PowerShot G7 X

Canon PowerShot G7 X to aparat fotograficzny z gatunku zaawansowanych kompaktów o dużej, 1-calowej matrycy i szerokiej przysłonie 1,8, stanowiący konkurencję dla serii urządzeń RX100 od Sony. Według wysoce dokładnego urządzenia pomiarowego znanego jako elektroniczna waga kuchenna urządzenie z baterią i kartą pamięci waży 176 g. Dla mnie to jak najbardziej zaleta, bo lubię jak sprzęt jest wyczuwalny w dłoni. Aparat jest wykonany bardzo dobrze. Spora jego część jest chropowata, co zapewne ma poprawiać chwyt, ale sprawia, że z bliska aparat wygląda jakby był ochlapany jakąś cieczą, co według mnie nadaje mu ciekawego wyglądu.

Budowa

Z przodu urządzenia znajdziemy oczywiście obiektyw i diodę, która doświetla obraz aby pomóc w ustawieniu ostrości. Obiektyw jest wyposażony w obrotowy pierścień służący do regulowania różnych ustawień. Pierścień ten posiada jednak jedną istotną wadę – jego obracaniu towarzyszy słyszalne klikanie.

Na tylnej ściance umieszczono gumowane oparcie na kciuk, przyciski funkcyjne wraz z kolejnym obrotowym pierścieniem i 3-calowy ekran LCD. Telewizorek ten oprócz dobrych kątów widzenia posiada dwie cechy o których warto wspomnieć. Po pierwsze, jest dotykowy – można po nim smyrać palcem aby łatwo ustawić na jakim obiekcie aparat ma ustawić ostrość i poruszać się po menu. Po drugie, jest odchylany – można go obrócić o 180 stopni, dzięki czemu aparat nieźle nadaje się do strzelania selfiaków. Wizjera niestety nie ma.

Na górze aparatu mamy chowaną lampę błyskową, głośnik, stereofoniczny mikrofon, przycisk zasilania, spust migawki z przełącznikiem do regulowania zoomu i dwa pokrętła – wewnętrzne do wyboru trybu pracy i zewnętrzne do korekty ekspozycji (w zakresie od -3 do +3).

Po lewej stronie znajduje się jedynie przełącznik wysuwający lampę błyskową i jeden z dwóch zaczepów na pasek.

Na dole znajdziemy moduł NFC (do którego można przyłożyć smartfona aby pobrać aplikację do obsługi aparatu), gwint statywowy i klapkę pod baterię i kartę pamięci.

Z prawej strony aparatu mamy przycisk uruchamiający moduł Wi-Fi do połączenia aparatu ze smartfonem, zaślepkę pod którą znajdziemy porty Mini USB i Micro HDMI oraz drugi zaczep na pasek.

Funkcje

Jak każdy dobry zaawansowany aparat, G7 X posiada tryby manualne oraz możliwość ręcznego ostrzenia i zapisywania zdjęć w formacie RAW. Przysłonę można regulować w zakresie od 1,8 do 11, ISO w zakresie od 125 do 12800, a czas otwarcia migawki w zakresie od 1/2000 sekundy do 15 sekund w trybie preselekcji czasu lub aż 250 sekund w pełnym trybie manualnym.

Rozdzielczość matrycy wynosi 20,2 megapiksela. Niestety nie ma możliwości bezpośredniego wyboru rozdzielczości zdjęcia – zmienić można rozmiar i proporcje (do wyboru mamy 16:9, 3:2, 4:3, 1:1 i 4:5). Dostępne rozdzielczości filmów to VGA (640×480), 720p i 1080p. Aparat kręci filmy z prędkością 30 kl./s, a dla 1080p dostępna jest także prędkość 60 kl./s. Nie ma możliwości kręcenia filmów slow motion, ale nie można mieć wszystkiego. Bardzo fajnym bajerem jest tryb manualny podczas kręcenia filmów dzięki któremu możemy bawić się przysłoną, ISO (które w tym trybie jest ograniczone do 3200) i czasem otwarcia migawki, a także zablokować ekspozycję nawet podczas nagrywania. Niestety w tym trybie albo nie ma możliwości ręcznego ostrzenia albo nie wiem jak to działa – według instrukcji w tym trybie opcja MF służy do blokowania ostrości. Pozostaje jedynie autofokus i dotykanie na ekranie na czym chcemy ostrzyć.

Aparat jest wyposażony w 4,2-krotny zoom optyczny, który można podwoić do 8,4 dzięki ZoomPlus (tak Canon nazywa zoom cyfrowy przy którym jeszcze nie wyłażą piksele). Może to niedużo, ale takie powiększenie powinno wystarczyć do zastosowań amatorskich. Poza tym za duży zoom płaci się gorszą jakością obrazu. Wadą może być fakt, że podczas kręcenia filmów zoom pracuje, że tak powiem, oszczędnie (niczym Gruby z Team Fortress 2). Nieco szybciej (ale też trochę powoli) trwa ostrzenie obrazu. Na pochwałę zasługuje za to czas uruchomienia aparatu – trwa to mniej niż sekundę.

Jakość zdjęć i filmów

Powiem krótko – jest bardzo dobrze (po cenie tego aparatu trudno się dziwić). Niektórzy nawet twierdzą, że ten aparat robi zdjęcia o jakości porównywalnej z lustrzanką. Zresztą zobaczcie sobie przykładowe fotki (wszystkie robione w trybie auto):

No i oczywiście przykładowy film:

Łączność ze smartfonem

Jeśli czytaliście uważnie, wiecie już, że ten aparat potrafi się łączyć się ze smartfonem przez Wi-Fi. Możliwe jest utworzenie hotspotu przez sam aparat lub połączenie się przez istniejącą już sieć. Nie byłem w stanie połączyć się z aparatem bezpośrednio i musiałem skorzystać ze swojej domowej sieci Wi-Fi. Przy pomocy odpowiedniej aplikacji możemy zgrać zdjęcia i filmy z aparatu na telefon (należy przy tym zaznaczyć, że aplikacja zmniejsza przy tym rozdzielczość, co można wyłączyć dla zdjęć, ale niestety nie dla filmów) oraz zdalnie sterować aparatem. Aparat nie ma wbudowanego modułu GPS, ale aplikacja umożliwia także geotagowanie zdjęć z użyciem modułu GPS w telefonie.

Bateria

W recenzji kamerki Overmax Activecam 3.3 pisałem, że nie ma dedykowanej ładowarki i że baterię trzeba ładować bezpośrednio w urządzeniu. W przypadku aparatu G7 X jest odwrotnie – jest dedykowana ładowarka, ale nie można ładować baterii w urządzeniu. Według producenta bateria na jednym ładowaniu wystarczy na wykonanie około 210 zdjęć. Mnie aparat rozładował się szybciej, ale było to pierwsze ładowanie i nie bawiłem się opcjami takimi jak jasność ekranu. Mimo to 210 zdjęć to nie jest jakiś specjalnie niesamowity wynik, więc zakup dodatkowej baterii nie będzie złym pomysłem.

Podsumowanie

Aparat Canon PowerShot G7 X można kupić za około 2100 zł lub nieco mniej jeśli się dobrze poszuka. Nie jest to tani sprzęt, ale z pewnością jest warty swojej ceny. Choć aparat ten nie jest bez wad (ale w sumie co jest?), ogólnie jestem z niego bardzo zadowolony. G7 X świetnie się nada zarówno do amatorskiego cykania jak i do nieco bardziej profesjonalnych zastosowań jako alternatywa dla ciężkiej lustrzanki. Polecam.

Kilka słów o piractwie

Dziś przeleciała mi przez myśl pewna sprawa – stąd ten krótki post. Pisałem już o chorych zabezpieczeniach antypirackich, a dziś będzie coś innego. Ulubionym argumentem zwolenników piractwa jest to, że jeśli komuś ukradną samochód to samochód jest stracony, a jeśli ktoś ściągnie na przykład grę z torrentów, gra ta jest po prostu skopiowana i nikomu nie dzieje się krzywda. Aby wyjaśnić dlaczego ten argument to czysta głupota, posłużę się przykładem (bezczelnie ukradzionym od BrzydkiegoBuraka, ale według mnie bardzo trafnym). Wyobraź sobie, że wynalazłeś lody, które leczą raka, spalają tłuszcz i kto wie co jeszcze. Otwierasz lodziarnię. Możliwe, że włożyłeś w ten wynalazek i interes sporo kasy, ale to nic, bo po Twoje lody ustawiają się kilometrowe kolejki. Pewnego dnia przepis na Twoje cudowne lody wycieka do Internetu i trafia na torrenty (może miałeś ustawione żałośnie śmieszne hasło). W rezultacie ludzie przestają kupować Twoje lody, bo każdy może je sobie przygotować za darmo w domu. Ale Ciebie to nie obchodzi, bo przecież lody Ci nie znikają z lodziarni, prawda? No i już wiesz dlaczego argument, że piractwo to tylko kopiowanie można sobie potłuc o kant wiadomo czego.

Sklep otworzyłem!

Zrzut ekranu sklepu internetowego

Jest już to coś specjalnego o czym mówiłem w poprzednim poście! Znalazłem sposób żeby zmonetyzować blog bez konieczności zakładania działalności gospodarczej – korzystając z usług serwisu Cupsell.pl otworzyłem sklep z gadżetami. Sklep ten znajdziecie pod adresem thisisinternet.cupsell.pl oraz na podstronie dostępnej w menu na górze. Jeśli chcielibyście mnie jakoś wesprzeć finansowo, teraz macie taką możliwość. Zasada jest prosta: do ceny każdego produktu jest doliczona moja marża w wysokości 5 zł, a resztę bierze Cupsell.pl. Podejrzewam, że ten sklep raczej nie będzie moim głównym źródłem utrzymania, ale może uda mi się dzięki niemu dorobić do mojej skromnej rentki. Na początek jest tylko 12 produktów, ale w miarę upływu czasu będę dodawać ich coraz więcej. Oczywiście jestem otwarty na propozycje. Miłych zakupów! 🙂

Aha, w ofercie nie ma odzieży, bo nie wiem ile osób byłoby nią zainteresowanych. Jeśli chcielibyście jakieś ciuchy z moimi nadrukami, dajcie znać.

Q&A i Instagram

Dzisiaj będzie parę nowości.

Po pierwsze, dodałem dział Q&A (po polsku „pytania i odpowiedzi”), gdzie możecie dowiedzieć się o mnie parę rzeczy. Jeśli chcecie o coś jeszcze zapytać, proszę bardzo.

Po drugie, założyłem konto na Instagramie (gdzie już zresztą mam prywatne, ale mało aktywne konto), więc spodziewajcie się niebawem jakichś mniej lub bardziej dziwnych fotek.

No i ogłoszenie parafialne – zaczynam szykować coś specjalnego. Co to będzie? Nie powiem – musicie poczekać parę dni 😛. Zamieszczę za to mały teaser:

Napis „Keep calm I have Asperger Syndrome” w stylu plakatu „Keep calm and carry on”

Smugi chemiczne

Kadr z serialu „Simpsonowie”. Przedstawia dłoń trzymającą skrawek gazety z nagłówkiem „Old man yells at cloud” i zdjęciem krzyczącego starszego mężczyzny z zaciśniętą pięścią uniesioną w stronę chmury.

Coś mnie ostatnio ciągnie do teorii spiskowych. Jedną z ciekawszych jest przekonanie, że smugi kondensacyjne pozostawiane przez lecące samoloty to tak naprawdę jakaś śmiertelna trucizna (albo gorzej – szczepionka 😛), która jest celowo rozpylana aby nas wszystkich wytłuc, uczynić bezpłodnymi albo zmienić w jakieś żółwie ninja. Dziś chciałbym wymienić w punktach dlaczego to kompletna bzdura:

  • Jeśli samoloty transportują jakąś truciznę, załoga samolotu powinna chyba korzystać z jakiejś odzieży ochronnej (np. z masek przeciwgazowych), a jakoś nie widuję pilotów, stewardes ani pracowników technicznych ubranych tak jakby pracowali w jakiejś fabryce gdzie istnieje ryzyko skażenia. Szczególnie trucie pilotów jest co najmniej nierozsądne, gdyż oni powinni się dobrze czuć – gdyby coś im się stało (na przykład straciliby przytomność), groziłoby to kraksą, a więc śmiercią setek ludzi i ogromnymi zniszczeniami (zwłaszcza gdyby samolot rozbiłby się gdzieś w centrum miasta), a tego rządy raczej by nie chciały.
  • Jako dowód na istnienie smug chemicznych teoretycy spiskowi czasami podają zdjęcia podejrzenie wyglądających zbiorników wewnątrz samolotu (na przykład takie). Każdy kto ma pojęcie o lotnictwie jest w stanie wyjaśnić, że są to zbiorniki do lotów doświadczalnych – między tymi zbiornikami pompowana jest woda aby sprawdzić jak samolot zachowuje się pod zmieniającym się obciążeniem. Należałoby jeszcze dodać, że jeszcze nie widziałem zdjęcia na którym ludzie pracujący przy tych zbiornikach noszą odzież ochronną (patrz punkt wyżej). Czasami zbiorniki faktycznie służą do rozpylania substancji – zwykle do opryskiwania upraw albo gaszenia pożarów.
  • Teoretycy spiskowi nie mają pojęcia o lotnictwie, liczą na to, że my nie mamy pojęcia o lotnictwie albo jedno i drugie. Zaznaczają więc na zdjęciach zewnętrzne przyrządy pomiarowe lub podobne urządzenia, twierdząc, że są to dysze do rozpylania substancji albo przerabiają zdjęcia różnych przełączników w kokpicie (na przykład wstawiając napis „chemtrails” przy przełączniku do podnoszenia i opuszczania podwozia). Problem podrobionych zdjęć zwykle można łatwo załatwić przez proste odwrotne wyszukiwanie grafiki (choćby przez wyszukiwarkę zdjęć Google). W sieci można też spotkać zdjęcia komputerów pokładowych z napisami świadczącymi o rozpylaniu substancji. Oczywiście teoretycy spiskowi są gotowi wykorzystać je jako dowód na istnienie smug chemicznych, ignorując przy tym napis „FREETEXT”, czyli tryb umożliwiający wprowadzenie dowolnego tekstu. Jest to system ACARS – dociekliwi mogą sobie poczytać więcej w Internecie.
  • Jeśli rządy faktycznie miałyby celowo rozpylać z samolotów jakieś paskudne substancje, z całą pewnością byłyby one podatne na podmuchy wiatru. Krótko mówiąc, samoloty raczej nie są w stanie „zatruć” obszaru dokładnie pod nimi.
  • Samoloty nie są tanie, a latanie nimi i ich utrzymanie też kosztuje. Szkolenie pilotów to także czas i pieniądze. Dużo tańszym i prostszym sposobem na depopulację naszej planety byłoby po prostu dodanie trucizn do zasobów wody pitnej, choć pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że rządy już to robią. 😛
  • Na koniec powiem dlaczego smugi chemiczne i inne teorie spiskowe polegające na ludobójstwie nie mają sensu – rządy utrzymują się z naszych podatków, a od martwego raczej trudno wyciągnąć pieniądze.

No dobra. Szczepionki były. Smugi chemiczne były. Co teraz? Homeopatia? A może ludzie, którzy w XXI wieku wierzą, że Ziemia jest płaska? 🙂

Recenzja kamerki sportowej Overmax Activecam 3.3

Niekwestionowanym liderem kamerek sportowych jest amerykańska firma GoPro. Sprzęt tej firmy jest jednak dość drogi. Czy istnieją jakieś tańsze alternatywy? Oczywiście! Jednym z przykładów jest kamerka Overmax Activecam 3.3.

Do zakupu kamerki zachęca głównie ogrom dołączonych akcesoriów. Tego jest naprawdę sporo – wodoszczelna obudowa (według producenta maksymalne zanurzenie wynosi 30 m), specjalna ramka umożliwiająca mocowanie akcesoriów bez konieczności stosowania wspomnianej obudowy, uchwyty na głowę i klatkę piersiową, uchwyt na rower, uchwyt na kask, boja wypornościowa (coby nam kamerka nie skończyła gdzieś na dnie jeziora), monopod (potocznie znany jako selfie stick), gwint do mocowania na statywie, pilot (niestety nie Bluetooth, a na podczerwień) i parę innych.

Obsługa tej kamerki jest średnio intuicyjna, ale można się szybko przyzwyczaić. Na górze urządzenia znajdują się dwa przyciski – włącznik będący jednocześnie przełącznikiem trybu pracy i przycisk OK służący również jako spust migawki. Na tylnej ściance znajduje się przycisk do otwierania i zamykania menu. Na prawej ściance zaś znajdziemy przycisk do poruszania się po menu (niestety tylko w dół). Gdy nie jest włączone żadne menu, przycisk ten przełącza Wi-Fi (co umożliwia zdalne sterowanie kamerką przy pomocy smartfona. Działa to całkiem nieźle, a opóźnienie podglądu obrazu z kamerki jest prawie żadne). Urządzenie ma polskie menu, ale domyślnie wybrany jest język angielski.

Kamerka posiada cztery tryby pracy. Pierwszym jest oczywiście kręcenie filmów. Filmy można kręcić w rozdzielczościach 720p (przy tej rozdzielczości można dodatkowo kręcić z szybkością 60 klatek na sekundę) i 1080p. Wybranie tej mniejszej rozdzielczości zmniejsza kąt widzenia kamerki, więc mam przeczucie, że jest to po prostu 1080p przycięte do 720p. A jak z jakością obrazu? Cóż, nie jest to jakość GoPro, ale nie jest źle. Nie miałem jeszcze okazji testować kamerki w nocy. Nie spodziewam się jednak cudów. Z dźwiękiem jest natomiast tak sobie. Nie pomaga fakt, że jakiś projektant zdecydował się umieścić mikrofon z tyłu urządzenia. Należy dodatkowo pamiętać, że wodoszczelna obudowa jeszcze bardziej wytłumi dźwięk, więc podwodne nagrania nie będą zbyt słyszalne.

Drugim trybem jest tryb rejestratora samochodowego. Tak, tę kamerkę można stosować także w taki sposób. W zestawie nawet znajduje się uchwyt na szybę i ładowarka samochodowa. W tym trybie filmy są dzielone na 3-minutowe pliki, a najstarsze pliki są nadpisywane jeśli na karcie pamięci skończy się miejsce. Możliwe jest również wyświetlenie daty i godziny na filmie (funkcja ta działa też w trybie kręcenia normalnych filmów).

Trzeci tryb to robienie zdjęć. Dostępne rozdzielczości to 3, 5, 8, 10 i 12 megapikseli. Zdjęcia wyglądają jak stopklatka z filmu kręconego przez kamerkę – nie wyglądają jak robione kartoflem, ale raczej nie zrobią furory na konkursach fotograficznych. Kamerka ma funkcję samowyzwalacza i zdjęć seryjnych.

Ostatnim trybem jest przeglądanie zdjęć i filmów z podziałem na materiały z każdego z pozostałych trzech trybów. W tym trybie można także kasować pliki (pojedynczo lub wszystkie naraz), a także włączyć ochronę przed przypadkowym usunięciem.

Nie sprawdzałem po jakim czasie bateria wyzionie ducha. W zestawie są aż dwie baterie o pojemności 1200 mAh. Niestety brakuje do nich dedykowanej ładowarki, więc nie ma możliwości podładowania nieużywanej baterii. Kolejnym minusem jest fakt, że kamerka nie wydaje się informować o tym, że ładowanie baterii zostało zakończone. Na szczęście można nagrywać gdy kamerka jest podłączona do źródła zasilania – chyba że jest to komputer. Przy okazji, naciśnięcie przycisku OK przełącza kamerkę między trybem dysku zewnętrznego a trybem kamerki internetowej.

Kamerka przechowuje materiały na karcie MicroSD i obsługuje karty o pojemności do 32 GB. Do zestawu nie jest dołączona karta, więc trzeba się w takową zaopatrzyć osobno. Minuta filmu o rozdzielczości 1080p zajmuje trochę poniżej 100 MB.

Na koniec kilka zdjęć zrobionych kamerką:

No i film:

Czy mogę polecić tę kamerkę? Jeśli nie stać Cię na GoPro, to raczej tak. Wprawdzie nie jest to sprzęt idealny, ale oferuje całkiem niezłą jakość obrazu, a dodatkowo na jej korzyść przemawia liczba dołączonych akcesoriów. Naprawdę nieźle się sprawdzi jeśli potrzebujesz kamerki sportowej, a nie masz ochoty wydawać na nią fortuny. Kamerkę Overmax Activecam 3.3 można dostać w okolicach 400 zł. Niektórzy podobno kupują tę kamerkę po to aby potem posprzedawać akcesoria. Cwaniaczki. 😛