Blog This Is Internet jest teraz dostępny w języku angielskim!

Postanowiłem otworzyć się na zagraniczną publikę i utworzyłem angielską wersję bloga razem z angielskimi kontami w serwisach społecznościowych. Zauważyliście pewnie, że po raz kolejny uległa zmianie szata graficzna bloga. Cóż, potrzebowałem zawsze widocznego paska bocznego, a ten styl też według mnie jest niezły. W każdym razie, aby uzyskać dostęp do angielskiej wersji bloga, wystarczy wybrać język po prawej stronie lub przejść do adresu https://thisisinternet.pl/en. Ponieważ blog jest teraz nastawiony na dwie grupy odbiorców – polską i zagraniczną – zawartość między obydwoma językami będzie się nieco różnić, ale niektóre posty będą dostępne w obydwu językach. No, to miłego czytania.

Podsumowanie wyjazdu do Zakopanego

Widok z hotelu. Zdjęcie zrobione następnego dnia po przyjeździe.

Od mojego wyjazdu do Zakopanego na początku stycznia minęło już trochę czasu, więc wypadałoby napisać jakąś relację. No to do roboty.

Dzień pierwszy

Wycieczka odbyła się dwoma autokarami. Na początku miałem pewne obawy, bo organizacja wycieczki pozostawiała trochę do życzenia (np. „autokar z toaletą” gdzie toaleta była nieczynna), ale nie piszę tego postu żeby jeździć po organizatorach. Razem z postojami i przerwą na posiłek w Oberży Złoty Młyn w okolicach Łodzi podróż z Kwidzyna do Zakopanego trwała jakieś 10 godzin. Praktycznie cały dzień zleciał na podróż – było ciemno gdy ruszaliśmy i znowu ciemno gdy dotarliśmy na miejsce. Tu dodam tylko, że drogi do Zakopanego są beznadziejne.

Naszą kwaterą był hotel Geovita. Nie jest to zły hotel, ale trafił mi się pokój z telewizorem kineskopowym, przez co oglądanie filmów z dysku przenośnego odpadło. Jako że w pokoju obok gdzie mieszkał mój wujek i na zdjęciach na stronie hotelu są bardziej współczesne telewizory, trochę się zawiodłem. Dodatkowo położenie hotelu jest dość nieprzyjazne, bo aby się tam dostać, trzeba iść pod dość stroną górę. W każdym razie pierwszego dnia nie pozostało nam nic innego jak zjeść obiadokolację i pójść spać.

Dzień drugi

Kaplica Najświętszego Serca Jezusa w Jaszczurówce.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Jaszczurówki zwiedzić Kaplicę Najświętszego Serca Jezusa. Przynajmniej coś się działo, bo jeden z autokarów miał problem z opuszczeniem parkingu z powodu śliskiej nawierzchni. Trzeba było uciekać się do pchania i podkładania gałęzi z drzew pod koła, ale obyło się bez konieczności wzywania pomocy drogowej. Kolejnym punktem wycieczki było Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, gdzie tym razem nic ciekawego się nie działo. Pojechaliśmy też na Wielką Krokiew, gdzie miałem przyjemność doświadczyć mrożącej krew w żyłach jazdy wyciągiem krzesełkowym. Następne były baseny termalne w Szaflarach, ale sobie odpuściłem. Możecie nazwać mnie wariatem, ale jakoś nie odpowiada mi siedzenie w ciepłej wodzie na mrozie. Dzień zakończyliśmy obiadokolacją z orkiestrą w Karczmie Holny. O tym powiem tylko tyle, że góralska kuchnia nie za bardzo mi odpowiada.

Dzień trzeci

Trzeci dzień był dniem wolnym podczas którego mogliśmy robić co chcieliśmy. Postanowiliśmy go wykorzystać na wizytę na Kasprowym Wierchu, więc udaliśmy się na stację kolei linowej w Kuźnicach. Żeby dostać się na Kasprowy Wierch, musieliśmy odstać kilka godzin w kolejce (bilety można było kupić w biletomacie i wejść szybciej, ale po co skoro kolejka jest ciekawsza?). Różni Janusze i Grażyny biznesu próbowali sprzedawać po zawyżonej cenie bilety z miejscem w kolejce z krótszym czasem oczekiwania. Do kasy dostaliśmy się prawie w ostatniej chwili, bo na 10 minut przed ostatnim wjazdem tego dnia.

Kolejka linowa nie jest aż tak straszna jak wyciąg krzesełkowy. Wagoniki mogą poruszać się z prędkością nawet 8 m/s (prawie 29 km/h), czyli dość szybko. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja pośrednia w której następuje przesiadka do drugiego wagonika. Wynika to z faktu, że trasa między stacjami skręca w lewo, a kolejka linowa może poruszać się jedynie w linii prostej. A co mogę powiedzieć o Kasprowym Wierchu? Dużo śniegu i fajne widoki. Oczywiście nie brakowało narciarzy i snowboardzistów. Ciekawostką była możliwość kupienia pamiątek i zjedzenia czegoś ciepłego na wysokości prawie dwóch kilometrów nad poziomem morza, ale restauracja była tak zatłoczona, że nie miało to najmniejszego sensu. Warto jeszcze dodać, że do powrotu do Kuźnic też potrzebny jest bilet, więc ciekawe co ma zrobić osoba, która zgubi swój bilet nie mając pieniędzy na drugi. W każdym razie po wizycie na Kasprowym Wierchu poszliśmy coś zjeść, po czym wróciliśmy do hotelu.

Dzień czwarty

Na ten dzień były zaplanowane pewne rzeczy, ale my zrobiliśmy sobie kolejny dzień wolny. Poszliśmy zwiedzić Krupówki (słynny zakopiański deptak), po czym wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę. Tam też kręcili się z droższymi biletami i miejscami w kolejce, ale nie wiadomo po co, bo czas oczekiwania w kolejce do kasy był o wiele krótszy niż poprzedniego dnia. Widoki z Gubałówki też są bardzo ciekawe. Jest tam kilka stoków narciarskich i dużo stoisk z pamiątkami. Po opuszczeniu Gubałówki wróciliśmy do hotelu, gdzie resztę dnia spędziłem odpoczywając. Potem pozostała już tylko obiadokolacja i ostatni już nocleg.

Widok z Gubałówki.

Dzień piąty

Tam była cukiernia. Po maturze chodziliśmy na kremówki.

— papież Jan Paweł II

Ostatni dzień w Zakopanem to już tylko śniadanie i pakowanie. Po drodze do domu zawitaliśmy jeszcze w Wadowicach, gdzie wyposażyliśmy się w papieskie kremówki i ponownie w Oberży Złoty Młyn. Z uwagi na niedzielę droga nie była zbyt zatłoczona. Do domu dotarliśmy w godzinach wieczornych.

Bazylika Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Wadowicach.

Ogólnie sądzę, że to był udany wyjazd. Z początku miałem obawy z powodu problemów z organizacją, ale wszystko się dobrze skończyło. Zakopane to całkiem fajne miejsce na wypoczynek i warto je odwiedzić – polecam zwłaszcza Kasprowy Wierch.

Szybka recenzja prezentów gwiazdkowych 2017

Pora na ostatni wpis w tym roku! Dziś na szybko zrecenzuję co mi w tym roku przyniósł Mikołaj. Właściwie to tylko jeden z tych prezentów dostałem od Mikołaja, a pozostałe sprawiłem sobie sam. Zaczynamy.

Dysk przenośny Toshiba Canvio Basics 1 TB

Źródło: https://www.morele.net/dysk-zewnetrzny-toshiba-canvio-1tb-blackhdtb310ek3aa-659536/

Bo miejsca na dane nigdy za dużo. Ciekawym dodatkiem jest dioda, która świeci na biało po podłączeniu dysku do portu USB 2.0 lub na niebiesko po podłączeniu do portu USB 3.0. Rzeczywista pojemność wynosi 931 GB. Dysk bez problemu osiąga i utrzymuje prędkości zapisu powyżej 100 MB/s. Domyślnie jest sformatowany w systemie NTFS. Mój telewizor bez problemu odtwarza filmy zapisane na tym dysku, ale ze smartfonem dysk już nie chce współpracować (po podłączeniu dysku smartfon informuje, że dysk należy najpierw sformatować, więc chyba Android nie lubi się z systemem NTFS). Dołączony kabel jest trochę sztywny, ale na razie nie przeszkadza mi jego długość, choć poprosiłem Mikołaja jeszcze o dłuższy kabel.

Porada: aby dysk zaczął pracować z urządzeniami z Androidem, przeformatuj go do formatu exFAT.

Powerbank ADATA P20000D

Źródło: https://www.morele.net/powerbank-adata-p20000d-20000mah-ap20000d-dgt-5v-cbk-1080914/

O tym powerbanku pisałem już nieco w poście niżej, ale powtórzę: 20 000 mAh, dwa wyjścia 2,1 A, wyświetlacz i latarka. Powerbank od ADATA jest dość masywny (ale wciąż przenośny) i troszeczkę waży, ale te 20 000 mAh musiało gdzieś się zmieścić. Na minus zaliczyłbym kiepskie kąty widzenia wyświetlacza. Esteci powinni jeszcze wiedzieć, że obudowa może się z czasem porysować.

Ładowarka Aukey (model PA-T11)

Źródło: https://www.morele.net/ladowarka-aukey-6xusb-quick-charge-3-0-60w-pa-t11-1176270/

Na koniec coś co bardzo przyda się każdemu gadżeciarzowi, czyli ładowarka USB. Można do niej podłączyć aż 6 urządzeń. Dwa z wyjść (oznaczone kolorem pomarańczowym) korzystają z technologii Qualcomm Quick Charge 3.0, z czego ucieszą się posiadacze urządzeń obsługujących szybkie ładowanie. Pozostałe cztery wyjścia korzystają z autorskiej technologii AiPower. Maksymalne natężenie każdego z tych czterech wyjść wynosi 2,4 A. Dzięki technologii Qualcomm INOV ładowarka optymalnie dostosowuje parametry ładowania. Taka ładowarka przyda się na przykład w sytuacji kiedy wybierzemy się w podróż z kilkoma urządzeniami ładowanymi przez USB, a w naszym pokoju hotelowym jest tylko jedno wolne gniazdko elektryczne. Dla zmotoryzowanych Aukey oferuje też podobne do tej ładowarki samochodowe.

Wyjazd do Zakopanego i życzenia świąteczne

W Nowy Rok nie będę się nudził, bo wyjeżdżam na kilka dni do Zakopanego. Oznacza to, że będę miał wolne od warsztatu terapii zajęciowej trochę dłużej. Nigdy nie byłem na skrajnym południu Polski ani nie widziałem gór na żywo, więc chyba nie muszę mówić, że się cieszę z tego wyjazdu. Do Zakopanego jest oczywiście nieco dalej niż do Szczecina, ale tym razem jedziemy autokarem, więc się aż tak nie zmęczymy. Może nawet będzie tam więcej śniegu niż w moim rodzimym mieście. Oczywiście będę się dzielić wrażeniami na mediach społecznościowych.

A poza tym chciałbym Wam życzyć Wesołych Świąt, zdrowia, szczęścia, choinki przewracającej się pod naporem prezentów i aby przyszły rok był bardziej udany niż ten czy zeszły. Jeśli Rowan Atkinson umrze w 2018 roku, to nie wiem co zrobię. No, to do następnego razu.

Pomysły na prezenty dla gadżeciarzy

Zbliża się Wigilia – czas wspólnych rodzinnych spotkań przy choince, „Kevina samego w domu” na Polsacie i oczywiście prezentów pod choinką. Zawsze jest jednak ten odwieczny problem – co kupić? Nie podejmę decyzji za Ciebie, ale jeśli potencjalny obdarowany lubi gadżety, mam kilka propozycji. Jak zwykle jest to wpis niesponsorowany – od czasu do czasu wymienię konkretne produkty, ale żaden z producentów nie zapłacił mi aby jego produkt pojawił się w tym tekście.

Czytnik e-booków

Książki są fajne, ale trochę ważą i zajmują miejsce na półce. Jeśli ktoś lubi dużo czytać, ciekawą alternatywą może być czytnik e-booków z wyświetlaczem typu e-ink. Takie wyświetlacze (przynajmniej na razie) wyświetlają obraz jedynie w skali szarości, ale ich główną zaletą jest to, że zużywają prąd tylko gdy zmienia się ich zawartość. Dzięki temu takie czytniki mogą działać nawet kilka tygodni na jednym ładowaniu. Tylko jaki czytnik wybrać? Jeśli ktoś lubi książki ze sklepu Amazon (taka osoba powinna być anglojęzyczna, po polskich książek nie ma tam zbyt wiele), to oczywistym wyborem będzie coś z serii Kindle. Inne osoby mogą szukać wśród modeli innych firm. Czytniki e-booków różnią się m.in. pojemnością (dobrze by było gdyby był obecny czytnik kart MicroSD), rozdzielczością ekranu, obsługiwanymi formatami (jeśli nasze e-booki są w formacie EPUB, to dobrze, bo jest to najszerzej obsługiwany format) i dodatkowymi funkcjami – mogą mieć na przykład podświetlany ekran (dzięki czemu nie będziemy musieli posiłkować się zewnętrznymi źródłami światła aby czytać w ciemności), dotykowy ekran (dla tych, którzy nie lubią przycisków fizycznych) przeglądarkę internetową (która raczej nie będzie działała tak dobrze jak na komputerze, ale na przykład do sprawdzenia poczty powinna wystarczyć), notatnik czy nawet proste gry. Jeśli dany czytnik ma Wi-Fi, oczywiście skróci ono czas działania na baterii o ile go nie wyłączymy. Czytników e-booków do wyboru jest sporo, ale jako ciekawostkę wymienię PocketBook Aqua 2 (o istnieniu drugiej generacji dowiedziałem się dopiero w momencie pisania tego postu) – jego szczególną cechą jest wodoodporność, więc na jakieś wakacje będzie jak znalazł, bo przypadkowe zachlapanie czy nawet całkowite zanurzenie w wodzie nie powinno mu zaszkodzić. Niektórzy mogą powiedzieć „ale na tablecie też można czytać e-booki!“. To prawda, ale po pierwsze, tablety po ładowaniu jeszcze tego samego dnia domagają się ponownego podłączenia do ładowarki, a po drugie, czytanie na tablecie w słońcu jest takie sobie, a z ekranami e-ink nie ma takiego problemu, bo właściwościami przypominają papier – macie tu przykład na wideo.

Dron

Dron, czyli zdalnie sterowana latająca zabawka. Jeśli obdarowany nigdy nie latał dronem, zdecydowanie odradzam zakup drogich i profesjonalnych dronów. Lepiej kupić coś taniego, bo jest duża szansa, że pierwszy dron się rozbije albo zakończy lot na drzewie. Jeśli do drona są dołączone dodatkowe baterie, to warto z takich ofert korzystać, bo na jednej baterii taki dron-zabawka może latać najwyżej przez kilka minut. Ciekawą propozycją mogą być miniaturowe drony Hubsan. Inną propozycją dla niedoświadczonych pilotów jest dron JJRC H31, który wydaje się dość odporny – na filmach lata nawet po podeptaniu, wygięciu lub obcięciu śmigieł i po awaryjnym lądowaniu w wodzie. Prezentację tego drona obejrzycie tutaj. Nie myślcie sobie jednak, że JJRC H31 jest niezniszczalny – dłuższego złego traktowania może nie przeżyć.

Głośnik przenośny

Coś dla melomanów albo osób, które lubią sobie od czasu do czasu urządzić imprezę. Takie głośniki podłącza się do źródła dźwięku przewodowo albo przez Bluetooth. Różnią się one jakością dźwięku (może być tak, że na przykład jeden gra głośniej, a drugi lepiej), rozmiarami i czasem działania na baterii. Niektóre są nawet wodoodporne albo mogą robić za powerbank. Część z nich ma mikrofon, dzięki czemu można ich używać jako zestawu głośnomówiącego. Jedną z ciekawszych propozycji jest JBL Clip 2. Głośnik ten jest dostępny w pięciu kolorach (w tym moim ulubionym niebieskim), ma karabińczyk umożliwiający powieszenie go gdzie nam się podoba (można go na przykład przyczepić do plecaka lub spodni, tylko że ZAiKS lub ZPAV może się pogniewać jeśli ruszymy w miasto), działa na baterii do 8 godzin i jest wodoodporny (norma IPX7, więc powinien wytrzymać 30 minut na głębokości do metra). Kosztuje jakieś 200 zł. A jeśli chcielibyście wypróbować coś mniej znanego, proponuję Nillkin X-Man X1 (179 zł) albo Tronsmart T2 (199 zł). Wprawdzie te dwa głośniki są większe, brzydsze i mają niższą klasę wodoodporności (tzn. są odporne na zachlapania, ale nie można zanurzać ich w wodzie) niż JBL Clip 2, ale całkiem fajnie grają i mają spoko basy (w przypadku X1 mogę to potwierdzić, bo ostatnio go sobie kupiłem). Według serwisu Audiofanatyk.pl X1 wygrywa w klasie głośników budżetowych od 99 do 249 zł (w tym z JBL Clip 2). Można go też wykorzystać jako powerbank (wyjście ma tylko 1 A, ale nie można mieć wszystkiego), zaś T2 ma slot na karty MicroSD.

Google Chromecast

Google Chromecast to niewielkie urządzenie wpinane w port HDMI telewizora. Umożliwia ono strumieniowanie za pośrednictwem Wi-Fi różnych treści ze smartfona lub komputera do telewizora (np. filmy na YouTube, ekran smartfona, otwartą stronę w Google Chrome itp.), zamieniając tym samym w pewnym sensie nasz telewizor w Smart TV. Kupowanie tego osobie mającej już wypasiony Smart TV, który łączy się z wszystkim co się da trochę mija się z celem, ale jak ktoś ma nieco mniej wypasiony Smart TV albo telewizor w ogóle pozbawiony wodotrysków, dla tej osoby Google Chromecast jak najbardziej się nada. Istnieje też urządzenie Chromecast Audio, które służy do strumieniowania muzyki, co się przyda jeśli chcemy na przykład słuchać muzyki ze Spotify na domowym sprzęcie audio. Chromecast Audio wykorzystuje do działania Wi-Fi, a nie Bluetooth, więc jakość dźwięku jest lepsza i nie będą nam ryczeć przez głośniki dźwięki powiadomień ze smartfona. Każde z tych urządzeń można dostać za mniej niż 200 zł. Jest też Chromecast Ultra dla posiadaczy telewizorów 4K (ale działa też z telewizorami o niższych rozdzielczościach). To urządzenie jest jednak droższe, bo kosztuje około 349 zł.

Kamera samochodowa

Prezent, który powinien ucieszyć większość kierowców. Niektórzy lubią nagrywać swoją jazdę, ale kamery samochodowe przydadzą się też jeśli zdarzy nam się jakaś stłuczka, bo będziemy mieli co pokazać przed policją lub sądem. Nośnikiem danych w kamerach samochodowych jest zwykle karta pamięci, więc pamiętajmy aby takową też kupić. Kamery samochodowe nagrywają obraz w pętli, tzn. nagrywają obraz w kilkuminutowych fragmentach, a po zapełnieniu pamięci kasują najstarsze fragmenty aby zrobić miejsce na nowe. Ważne jest aby kamera umieszczała na filmie znacznik czasu, bo to istotna informacja dla policji lub sądu (jeśli kamera ma moduł GPS, może też pokazywać długość i szerokość geograficzną oraz prędkość jazdy). No i obraz nie może wyglądać jak nagrywany kartoflem, a w nocy też powinno być coś widać. Jeśli obdarowany nie jest anglojęzyczny, to przyda się też polskie menu.

Powerbank

Cechą urządzeń elektrycznych jest to, że do działania wymagają prądu. Wiadomo też, że nie zawsze mamy dostęp do gniazdka. Jeśli jesteśmy gdzieś w polu, a bateria w naszym telefonie jest na wyczerpaniu, z pomocą przyjdzie powerbank. Jest to nic innego jak przenośna bateria do której podłączamy po USB urządzenia, które chcemy naładować. Powerbanki różnią się głównie pojemnością baterii. A jaki powerbank wybrać? Jeśli powebank mający 20 000 mAh pojemności przykładowo kosztuje 15 zł, to sprawa jest mocno podejrzana. Tu spapuguję trochę Kubę Klawitera i powiem żeby wybierać powerbanki ze średniej półki. Ważne jest żeby miały zabezpieczenia (np. przed przeładowaniem), bo raczej nikt by nie chciał aby powerbank nagle stanął mu w płomieniach. Dobrze by było gdyby powerbank posiadał chociaż jedno wyjście dwuamperowe żeby na przykład ładowanie tabletu nie trwało pół dnia. Większość powerbanków o poziomie naładowania informuje czterema diodami (każda oznacza 25%), a te trochę lepsze mają wyświetlacz pokazujący dokładny procentowy stan naładowania. Niektóre powerbanki mają również diodę pełniącą funkcję latarki, ale to już jak kto woli. Jakiś przykładowy powerbank? Może ADATA Power Bank P20000D? Ma aż 20 000 mAh pojemności (co powinno wystarczyć aby parę razy naładować tablet), wyświetlacz, latarkę i dwa wyjścia 2,1 A. Kosztuje około 100 zł, ale nie nadaje się dla estetów, bo obudowa łatwo się rysuje.

Serwer NAS

O serwerach NAS pisałem już w innym poście, więc tutaj nie będę się rozpisywał. W skrócie: są to serwery przechowujące dane do których mamy dostęp z każdego miejsca na świecie, ale mają one też inne funkcje. Nie jest to sprzęt dla każdego, ale zapalony informatyk powinien się z niego ucieszyć. Nad tym prezentem powinny zastanowić się raczej osoby dysponujące większą gotówką, bo do kosztującego kilkaset lub nawet tysiąc złotych serwera należy doliczyć koszt zakupu jednego lub więcej dysków twardych. Decydując się na ten prezent należy też pamiętać aby kupić dyski specjalnie przeznaczone do serwerów NAS (np. Western Digital Red).

Tablet graficzny

Uwaga: nie mylić z tabletami-komputerami (iPad, Samsung Galaxy Tab itp.)! Tablety graficzne to sprzęt dla osób, które interesują się rysowaniem. Są to podkładki na których „rysuje” się rysikiem – poruszanie rysikiem nad tabletem porusza kursorem myszy, a dociśnięcie rysika do tabletu jest traktowane jak wciśnięcie lewego przycisku myszy. Rysiki potrafią rozpoznawać siłę nacisku, a te lepsze nawet kąt nachylenia. Najpopularniejszą firmą sprzedającą tablety graficzne jest Wacom. Jedną z zalet tej firmy jest to, że rysiki do ich tabletów nie wymagają do działania baterii. Kiedyś miałem (niesprzedawany już) tablet Wacom Bamboo, który był całkiem spoko, ale moje zdolności plastyczne są raczej mizerne. Obecnie najtańszym tabletem w ofercie Wacoma jest Intuos Draw (329 zł) i powinien się świetnie nadać na początek, a po nabraniu doświadczenia można poszukać czegoś lepszego.

Xiaomi Mi Band 2

Gadżet o którym już pisałem. Jest to smartband, który mierzy różne parametry fitnessowe (kroki, dystans, kalorie i tętno) i monitoruje sen. Jest to też prosty smartwatch, który pokazuje datę i godzinę, a także odbiera powiadomienia ze smartfona (do tego polecam aplikację Tools & Mi Band, która jest płatna, ale jak kogoś stać na opaskę za 129 zł, ale nie na aplikację za 12,49 zł, to coś tu jest nie tak). Sam posiadam Xiaomi Mi Band 2 i uważam, że jest to całkiem fajny sprzęt. Opaska jest wodoodporna (norma IP67) i dość długo działa na jednym ładowaniu (producent deklaruje 20 dni, ale ja swoją muszę ładować co około 10-14 dni, co i tak jest niezłym wynikiem w porównaniu do smartwatchy).

Suplement do poprzedniego postu: zasady gry w bocce

Pomyślałem sobie, że skoro wspomniałem o bocce w poprzednim poście, to napiszę jak się w to gra w osobnym poście będącym rodzajem suplementu. Zasady tej gry są tak proste, że nawet małpa to ogarnie. W moim warsztacie terapii zajęciowej jest tak: w polu gry ustawia się białą kulę. Zawodnicy mają po sześć kul swojego koloru (w tym wypadku będzie to czerwony oraz niebieski) i naprzemiennie rzucają nimi lub toczą po ziemi w stronę białej kuli. Wygrywa zawodnik którego dowolna kula po serii rzutów znajduje się najbliżej kuli białej – na grafice poglądowej powyżej będzie to kula niebieska. Rzuty można wykonywać tak aby dać sobie przewagę lub przeszkodzić przeciwnikowi – można więc na przykład rzucać w białą kulę aby przesunąć ją bliżej kul swojego koloru albo w kule przeciwnika aby odsunąć je od białej kuli. To w sumie tyle. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że oboje zawodników musi grać w tej samej pozycji (np. stojącej lub siedzącej), co jest dość ważne w przypadku rozgrywek między osobami niepełnosprawnymi.

Październikowy status update

Dziś będzie szybki post aby utrzymać minimum jeden post w miesiącu. Z ciekawostek z mojego miasta, parking przy miejscowym Carrefourze stał się płatny. Reakcja na tę zmianę była mieszana. Według mnie nie jest źle, bo można pobrać z parkometru darmowy bilet na godzinę, co raczej powinno wystarczyć na zakupy (a jak nie, to na podstawie tego biletu można zajmować parking przez maksymalnie dwie godziny pod warunkiem pokazania paragonu ze sklepu obsłudze parkingu). No i dzięki osobom, którym wprowadzenie opłaty się nie podoba, jest więcej miejsca na parkingu 🙂 . Oprócz tego ten sam Carrefour jest teraz czynny całodobowo. Ciekawa zmiana, ale podejrzewam, że pracownicy tego Carrefoura podeszli do niej mniej entuzjastycznie. Co jeszcze? Miasto i sklepy przez cały dzień były zatłoczone, bo jutro jest dzień wolny od pracy, więc trzeba było zrobić zapasy jak na wojnę nuklearną. Czyli nic nowego.

Jeśli chodzi o warsztat terapii zajęciowej, nie ma żadnych sensacji. 24 listopada wybieram się na konkurs informatyczny do Elbląga, a dodatkowo biorę udział w wewnętrznym turnieju w bocce. Na razie wygrałem jeden mecz i czekam na losowanie kolejnych par.

To w zasadzie wszystko. Dziś mamy Halloween i zamiast oglądać filmy słucham halloweenowej playlisty na Spotify. A jutro wybieram się na grobing.

Recenzja Xiaomi Mi Band 2

Źródło: https://www.morele.net/smartband-xiaomi-mi-band-2-black-oficjalna-dystrybucja-976255/

Pora na recenzję kolejnego gadżetu! Mi Band 2 to inteligentna opaska wyprodukowana przez chińską firmę Xiaomi. Co ta opaska robi? Pokazuje godzinę, liczy kroki, przebyty dystans i spalone kalorie, monitoruje sen, mierzy tętno przy użyciu wbudowanego pulsometru i pokazuje powiadomienia ze smartfona – czyli jest to taki smartwatch dla ubogich. Opaska ma certyfikat IP67 (tzn. po zanurzeniu na głębokość jednego metra na 30 minut nadal działa), więc można z nią spokojnie chodzić w deszczu, myć ręce czy brać prysznic. Nie wiem czy nadaje się do pływania, ale raczej nie radziłbym z nią nurkować. Według producenta działa przez 20 dni na jednym ładowaniu. Ja swoją naładowałem zaraz po otrzymaniu w piątek (4 dni temu) i wskaźnik naładowania baterii pokazuje obecnie 53%. Raczej nie osiągnę 20 dni przy moim użytkowaniu, ale i tak jest nieźle w porównaniu ze smartwatchami, które trzeba ładować co noc. Opaska ma niewielki monochromatyczny wyświetlacz i dotykowy przycisk, którego dotknięcie przełącza informacje pokazywane na wyświetlaczu.

Z moich testów wynika, że liczbę kroków należy traktować raczej z przymrużeniem oka, bo nie sądzę żebym od północy do rana zrobił ich prawie 400. Monitorowanie snu jest o tyle fajne, że dzieje się całkowicie automatycznie i działa całkiem sprawnie. Wyniki pomiarów pulsometrem są raczej prawidłowe, ale przypominam, że nie jest to sprzęt medyczny. Z połączeniem ze smartfonem (w moim przypadku LG G5) nie ma żadnych problemów. Do przesyłania powiadomień ze smartfona na opaskę używam aplikacji Tools & Mi Band (aplikacja ta jest płatna, ale jak kogoś stać na smartfona za kilkaset czy nawet tysiąc złotych, to tym bardziej stać go na aplikację za kilkanaście złotych). Notify & Fitness for Mi Band też jest fajna (i w odróżnieniu od poprzednio wymienionej aplikacji nie wymaga oficjalnej aplikacji Mi Fit), ale nie udało mi się jej zmusić do pokazywania tekstu przy powiadomieniach.

Za Mi Band 2 zapłaciłem w sklepie x-kom 129 zł. Pewnie w jakimś chińskim sklepie dostałbym ją taniej, ale to i tak dobra cena w porównaniu na przykład z Morele.net, które liczy sobie za tę opaskę 199 zł. Jest to całkiem fajna niedroga opaska dla osób uprawiających sport, ale gadżeciarzom takim jak ja też powinna się spodobać.

Podsumowanie wyjazdu do Centrum Nauki EXPERYMENT i Parku Oliwskiego

Pokaz odsalania wody w procesie odwróconej osmozy – jedno z wielu stanowisk w Centrum Nauki EXPERYMENT.

W środę 20 września mój warsztat terapii zajęciowej zorganizował nam wyjazd do Trójmiasta na zwiedzanie Centrum Nauki EXPERYMENT w Gdyni i Parku Oliwskiego w Gdańsku. Ponieważ nauka mnie kręci, ja też się tam wybrałem. I powiem, że było warto. W hali jest sporo stanowisk przy których można nauczyć się ciekawych rzeczy. Są także stanowiska elektroniczne takie jak symulator jazdy po pijaku, trening RKO i posługiwania się automatycznym defibrylatorem zewnętrznym, skaner mierzący nasz wzrost, wagę i parę innych parametrów, symulator dzwonienia na numer alarmowy 112 i inne. Jest tam także mogące „wywoływać silne emocje” stanowisko przy którym osoby obydwu płci mogą nauczyć się wyszukiwania zmian na piersiach (to jest dość ważne, bo ich wczesne wykrycie i zbadanie pozwala uchronić przed rakiem piersi). Część męskich czytelników, którzy pewnie już kupują bilet tylko dla tego stanowiska informuję, że badanie odbywa się nie na prawdziwych piersiach, tylko na sztucznym modelu. Mieliśmy także warsztat meteorologiczny (innymi słowy, gadaliśmy o pogodzie). Kupiłem też kilka pamiątek na które wydałem prawie całego Kazimierza III Wielkiego (tj. 50 zł).

Po przygodzie z nauką pojechaliśmy do Parku Oliwskiego. Ta część wycieczki była dla mnie nieco mniej interesująca, ale warto się tam wybrać, bo jest ładnie. Przed powrotem do domu pojechaliśmy jeszcze do McDonald’s w Tczewie na bardzo zdrowy posiłek w postaci kanapki McChicken (która na szczęście mi zasmakowała), dużej porcji frytek i dużej (0,5 l) coli. Potem każdy mógł sobie zamówić coś według własnych preferencji, ale ja byłem już najedzony.

Po wszystkim dotarliśmy bezpiecznie do domu. Było fajnie, ale na razie nie zapowiada się żadna kolejna wycieczka.

Podsumowanie wyjazdu do Szczecina i Berlina

Miejsce na pozytywne komentarze od gości hotelu w którym nocowałem. Sądząc po niemieckich wpisach i koreańskich robaczkach, nie tylko Polacy korzystają z usług tego hotelu.

W zeszłym tygodniu byłem na kolejnej wycieczce – tym razem w Szczecinie. Dlaczego? Mój kuzyn się ożenił, a jego wybranka mieszka właśnie w Szczecinie. A że miasto leży przy granicy z Niemcami, skorzystaliśmy z okazji i wyskoczyliśmy jeszcze na jeden dzień do Berlina.

Podróż z Kwidzyna do Szczecina była dość długa, ale nie tak długa jak autokarem do Końskowoli. Nie muszę chyba mówić, że nocą i w deszczu jedzie się tak sobie. Wyjechaliśmy w piątek po południu i dotarliśmy wieczorem. Nie zwiedzaliśmy Szczecina, ale z tego co widziałem, miasto to jest całkiem w porządku. Pewną ciekawostką jest fakt, że część sygnalizacji świetlnych ma liczniki, które pokazują za ile sekund zmienią się światła.

Obiektem w którym nocowaliśmy był hotel ibis budget przy ul. . Mimo słowa „budget” w nazwie hotel ten jest całkiem niezły (ma Wi-Fi, windę i drzwi do pokoi otwierane kartą). Słowo to odnosi się raczej do skromnego wyposażenia pokoi (skromnego, ale bez przesady – telewizory i łazienki na przykład są). Trochę tylko przeszkadzało jedno gniazdko elektryczne na cały pokój (dwa jeśli liczyć to w łazience).

W sobotę pojechaliśmy wynajętym autobusem na ślub do Krajnika Górnego (niewielkiej wsi blisko granicy z Niemcami. Co ciekawe, Krajnik Górny jest położony na południe od Krajnika Dolnego). Kierowca tego autobusu chyba nie bardzo wiedział co robi (sprawdzałem trochę Mapy Google i wynikło z tego, że pojechał jakąś dziwną trasą), więc się trochę spóźniliśmy, ale ksiądz był wyrozumiały i poczekał. Jak był ślub, to oczywiście musiało być też wesele (jeśli ktoś ze Szczecina to czyta i szuka lokalu na wesele, to na którym byłem odbyło się w Starym Folwarku w Ustowie. Według mnie bardzo fajny lokal). Jako introwertyk nie bardzo nadaję się na takie imprezy, ale nie było źle, choć około północy zaczynałem już mieć trochę dość. Niedziela to już tylko poprawiny.

Ampelmännchen – swego rodzaju maskotka wschodnich Niemiec.
Autor: Leigh984; źródło: https://www.flickr.com/photos/lsphotos/503779173; licencja: CC BY-NC-SA 2.0

W poniedziałek rano pojechaliśmy pociągiem do Berlina (a właściwie to dwoma pociągami, bo musieliśmy się przesiąść w Angermünde). Była to moja druga wizyta w Niemczech – pierwszą był wyjazd do Celle w liceum. Tutaj mała ciekawostka: część Niemiec przy wschodniej granicy wizualnie niemal niczym nie różni się od Polski. Na początku skorzystaliśmy z berlińskiego metra, które składa się z oszałamiającej wręcz liczby trzech stacji (korekta: z trzech stacji składa się tylko linia U55. Cała sieć berlińskiego metra jest dużo większa i składa się ze 173 stacji). Potem zwiedzaliśmy takie miejsca jak Brama Brandenburska czy salon Mercedesa gdzie można kupić Mercedesa klasy S za jedyne 132 113 euro (w momencie pisania tego postu będzie to 786 rent socjalnych z hakiem 😛 ). Berlin nawet mi się podoba. Można tu częściej niż w Polsce spotkać ludzi innych mniejszości etnicznych – czasem zobaczyliśmy jakichś Azjatów, a trochę rzadziej ludzi ciemnoskórych. Ciekawym elementem są charakterystyczne ludziki na sygnalizacjach świetlnych dla pieszych (widoczne na fotce wyżej). Znane są one jako Ampelmännchen. Istnieje nawet poświęcona im marka AMPELMANN.

Po skończonym zwiedzaniu wróciliśmy pociągiem z Berlina do Szczecina (tym razem bez przesiadek). Potem, już wieczorem, ruszyliśmy do domu. Podróż w drugą stronę aż tak się nie dłużyła. Do domu dotarliśmy po pierwszej w nocy. Byłem trochę zmęczony, ale zadowolony. Szkoda, że tego typu wyjazdy nie trafiają mi się częściej.