VRidge – tanie VR na komputery

Uprzedzając pytania, to nie jest tekst sponsorowany. A szkoda.

Być może chcielibyście wypróbować rzeczywistość wirtualną na swoim komputerze. Jest tylko jeden problem – zestawy takie jak HTC Vive czy Oculus Rift kosztują małą fortunę. Tak się składa, że znalazłem sposób na doświadczenie VR za znacznie mniejsze pieniądze. Potrzebujecie trzech rzeczy:

  • smartfona z Androidem i zainstalowaną aplikacją VRidge (aby było możliwe śledzenie ruchów głowy, smartfon musi być wyposażony w żyroskop, co nie powinno być problemem w przypadku dzisiejszych modeli),
  • gogli do wirtualnej rzeczywistości przeznaczonych dla smartfonów (można je dostać chociażby w popularnym polskim sklepie internetowym na literę A),
  • w miarę mocnego komputera z zainstalowaną aplikacją RiftCat (aplikacja kosztuje 15 euro (po okresie wczesnego dostępu cena wzrośnie do 20 euro), ale można ją wypróbować za darmo z ograniczeniem długości sesji do 10 minut).

VRidge współpracuje z grami wykorzystującymi SteamVR i Oculus SDK. Smartfon z komputerem można połączyć bezprzewodowo po Wi-Fi lub po kablu USB. Jak na rozwiązanie za ułamek ceny drogich gogli do wirtualnej rzeczywistości działa to całkiem nieźle. Jeśli też macie ochotę spróbować, polecam zapoznać się ze stroną pomocy, gdzie dowiecie się m.in. jak to wszystko skonfigurować aby działało z grami na Steamie. Przypominam również aby najpierw wypróbować darmową wersję programu żeby potem nie było płaczu jak kupicie i okaże się, że coś nie działa.

Na koniec ciekawostka: rozwiązanie to zostało opracowane przez polską firmę.

Podsumowanie mojego pobytu w Krynicy Morskiej

Wróciłem z Krynicy. Jeśli uważnie śledzicie moje poczynania, pewnie się domyślacie, że miałem wrócić dopiero jutro. Niestety sprawy rodzinne sprawiły, że musiałem przedwcześnie przerwać swoją eskapadę. No cóż. Rodzina jest najważniejsza. W każdym razie wyjazd był we wtorek (9 maja). Wyruszyliśmy autokarem około dziewiątej i bez przygód dojechaliśmy do naszego miejsca pobytu – Ośrodka Rekolekcyjno-Wypoczynkowego Bursztyn.

Na szczęście opiekunowie uszanowali, że najlepiej czuję się we własnym towarzystwie i pozwolili mi mieszkać bez współlokatora. Szczerze mówiąc, nie wiem jak bym wytrzymał z drugą osobą w pokoju. Pokój nie był najgorszy – dwa łóżka, telewizor, balkon i prawdopodobnie jedna z najciaśniejszych łazienek na świecie. Była tak ciasna, że osoba z klaustrofobią zaliczyłaby zgon, a osoba z bardzo dużą nadwagą po prostu by się tam nie zmieściła. W pokojach jest dostęp do Wi-Fi (o hasło można zapytać w recepcji), więc nie musiałem zużywać własnego pakietu danych. Jeśli chodzi o posiłki, w stołówce podaje się trzy posiłki dziennie – śniadanie o godzinie 9:00, obiad o godzinie 13:00 i kolację o godzinie 18:00. Jako osoba z Zespołem Aspergera nie wszystko jem ze smakiem, ale zawsze znalazło się coś co byłem w stanie przełknąć.

Pierwszy dzień to standard – zorientowanie się co i jak, znalezienie pokoju i rozpakowanie się. Załapaliśmy się na obiad. Potem poszedłem na mszę do kaplicy, a następnie na spotkanie w kawiarni. O 21:00 w kaplicy odbyło się szybkie błogosławieństwo, choć frekwencja była taka sobie. Potem nie pozostało nic innego jak pójście spać.

Drugi dzień przyniósł tragiczną pogodę – przez cały dzień padał śnieg (tak, śnieg w maju!), a potem deszcz. O 19:30 miało być ognisko, ale ze względu na deszcz postanowiłem się nie fatygować i nawet nie wiem czy to ognisko w ogóle się odbyło (chociaż na facebookowej stronie warsztatu nie ma zdjęć z ogniska, więc zgaduję, że nie).

Jak już wspominałem, trzeci dzień był ostatnim dniem mojego pobytu. Do tego pogoda mnie strollowała i akurat tego dnia zrobiło się ładnie. Rano po porannej toalecie spakowałem swoje graty. Po śniadaniu nie pozostało mi nic innego jak poczekać na mój transport do domu. W rezultacie ominęły mnie spotkanie z ojcami kapucynami i dyskoteka zaplanowane na ten dzień, ale co poradzić?

Co mogę powiedzieć? Cieszę się, że tam pojechałem, bo to bardzo przyjemne miejsce. Naprawdę warto się tam wybrać. Z uwagi na pogodę nie mam żadnych zdjęć ani filmów spoza ośrodka, ale przynajmniej nagrałem ten film z tarasu widokowego:

Jeszcze jedno na koniec – sprawiłem sobie nowy monitor:

Wyjazd do Krynicy Morskiej

9 maja jadę ze swoim warsztatem terapii zajęciowej na rekolekcje do Krynicy Morskiej i wracam 12 maja. Jeśli jesteście ciekawi, jest to wyjazd do Ośrodka Rekolekcyjno-Wypoczynkowego Bursztyn. Ich webmaster popełnił jeden z głównych grzechów o nazwie „strona w budowie”, więc tymczasowo strona ośrodka jest dostępna tutaj, a pod tym linkiem znajduje się wirtualna wycieczka po ośrodku. Specjalnie na tę okazję kupiłem zapasową baterię do aparatu. Zdjęcia będę głównie udostępniał znajomym na moim prywatnym profilu na Facebooku, ale na pewno coś udostępnię publicznie na blogu i mediach społecznościowych. Część nagranych filmów wrzucę także na kanał na YouTube. Prawdopodobnie opiszę również swoje wrażenia z pobytu w kolejnym poście na blogu. No, to do następnego razu.

Fałszywe wsparcie techniczne z Indii

Dziś opowiemy sobie o oszustwie, które w Polsce raczej nie jest spotykane, ale na przykład w Stanach Zjednoczonych już owszem. Mowa o oszustach, którzy wyłudzają pieniądze za usuwanie nieistniejących zagrożeń na komputerze lub kradną dane. Tacy oszuści operują zazwyczaj w Indiach. Przedstawiają się jako certyfikowani technicy Microsoftu i łączą się z komputerem ofiary przez pulpit zdalny, co daje im pełny dostęp i umożliwia kradzież danych takich jak hasła czy numery kart płatniczych lub robienie innych złych rzeczy (na przykład kasowanie plików albo zablokowanie systemu hasłem). W swoich oszustwach wykorzystują na swoją korzyść brak wiedzy informatycznej ofiary. Typowy przebieg takiego oszustwa wygląda następująco:

  • Oszust dzwoni do ofiary lub ofiara dzwoni na numer telefonu podany w fałszywym komunikacie o błędzie na jakiejś podejrzanej stronie internetowej.
  • Po nawiązaniu połączenia oszust przedstawia się angielskim imieniem mimo wyraźnego indyjskiego akcentu.
  • Jeśli to oszust zadzwonił do ofiary, informuje, że jest technikiem Microsoftu i że komputer ofiary wysłał do niego informacje o problemach (co oczywiście jest bzdurą).
  • Oszust przekazuje ofierze polecenia umożliwiające mu połączenie się z komputerem ofiary przez pulpit zdalny.
  • Oszust łączy się z komputerem ofiary.
  • Jeśli celem oszusta są dane ofiary, próbuje je ukraść.
  • Jeśli nie, wykorzystując niewiedzę ofiary oszust informuje o nieistniejących problemach na komputerze na przykład na podstawie ostrzeżeń i błędów w Podglądzie Zdarzeń lub „skanowania” komputera poleceniem tree w wierszu polecenia (w rzeczywistości polecenie to po prostu wyświetla listę folderów w formie drzewa).
  • Oszust proponuje ofierze zakup kilkuletniego lub dożywotniego wsparcia technicznego w ramach którego zostaną usunięte wszystkie problemy i kieruje ofiarę na stronę internetową z formularzem płatności.
  • Ofiara podaje dane swojej karty płatniczej i z jej konta zostają pobrane pieniądze.
  • Kontakt z oszustem się urywa, a ofiara oczywiście żadnego wsparcia nie otrzymuje. Co gorsza, oszust ma dane karty płatniczej ofiary i może dokonywać niepożądanych przez ofiarę transakcji.

Pamiętajcie, że Microsoft NIGDY nie dzwoni do użytkowników w sprawie problemów z ich komputerem. Oto filmik przedstawiający próbę oszukania użytkownika, który wie o tego typu oszustwach i pięknie rozprawia się z oszustami:

Miłego dnia i nie dajcie się oszukać. 🙂

Big Pharma będzie mnie wspierać finansowo

Wygląda na to, że przez jakiś czas nie będę miał problemów z gotówką. Światowa Mafia Medyczno-Farmaceutyczna, Monsanto, NWO i parę innych organizacji, które chcą pozostać anonimowe, objęło mnie swoim patronatem. Dostanę 500 dolarów za każdy post promujący szczepionki, GMO i inne tego typu rzeczy. Całkiem sporo, i dobrze, bo chciałbym sobie kupić parę fajnych rzeczy. Także nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się do pisania.

Aby dowiedzieć się na ile ta informacja jest prawdziwa, sprawdź datę publikacji tego postu.

Recenzja projektora z Netto

Pudełko w którym był zapakowany projektor. Z kotem do porównania rozmiaru.

Dziś lokalny sklep Netto miał swoje re-otwarcie. Z tej okazji można było tam kupić m.in. projektor nieznanej mi firmy Setty za 145 zł (przeceniony z 249 zł). No i ciekawości ten projektor kupiliśmy – stąd ta niespodziewana recenzja. Czy warto?

Pierwsze co się rzuca w oczy po wyjęciu tego projektora z pudełka to fakt, że jest on naprawdę mały i lekki. Można go bez najmniejszego problemu podnieść jedną ręką. Plastik z którego wykonany jest projektor jest nawet przyzwoitej jakości i nic nie trzeszczy, choć przy potrząsaniu coś w środku lekko grzechocze.

A jak wygląda sprawa z łącznością? Obraz do projektora można przesyłać przez złącza VGA, HDMI i AV, a dodatkowo w zestawie znajdziemy przejściówkę z AV na RCA (tzw. cinch), dzięki czemu do projektora podłączymy także starszy sprzęt taki jak retro konsole do gier. Oprócz tego projektor ma złącze USB do podłączenia pendrive’a lub dysku zewnętrznego oraz slot na kartę SD, dzięki czemu zdjęcia i filmy można przeglądać bez podłączania projektora do komputera. Projektor ma wbudowany głośnik, więc nie czeka nas nieme kino. Czyli z multimediami jest naprawdę nieźle.

Projektor jest reklamowany jako Full HD, ale klient jest tu niestety wprowadzany w błąd. Full HD to maksymalna obsługiwana rozdzielczość obrazu odbieranego przez projektor. Rozdzielczość wyświetlanego obrazu wynosi tylko 480×320 pikseli. Trochę marnie, ale za tę cenę trudno spodziewać się czegoś lepszego. Piksele są dobrze widoczne, a tekst napisany małą czcionką jest po prostu nieczytelny:

Nie, to nie jest kwestia kiepskiego aparatu. Tak niestety wygląda tekst wyświetlany przez ten projektor po zeskalowaniu w dół z rozdzielczości 1366×768 do 480×320.

Nieco lepiej wypada żywotność lampy, którą producent ocenia na 50 000 godzin. Oznacza to nieco ponad 5,5 roku nieprzerwanej pracy (no, niekoniecznie nieprzerwanej, bo zostawienie projektora włączonego na dłużej niż 6 godzin skróci jego żywotność). Chyba całkiem nieźle jak za takie pieniądze. Projektor może wyświetlać obraz o przekątnej od 20 do 100 cali, a powierzchnia na którą obraz ma być rzutowany może być oddalona na odległość od 1,2 do 3,6 m. Najlepiej obraz oczywiście wygląda w ciemności, ale w dzień przy zasłoniętych zasłonach też ujdzie. Film odtwarzany z projektora prezentuje się tak:

Obsługa projektora jest raczej średnio intuicyjna. Co prawda interfejs jest po polsku, ale z angielskimi wstawkami, a polskie znaki nie są w ogóle wyświetlane. Przyciski kierunkowe są ustawione w jednym rzędzie i nie ma przycisku OK. Na szczęście do zestawu jest dołączony pilot, który znacząco ułatwia obsługę urządzenia, ale baterie do niego trzeba dokupić osobno. Odbiornik podczerwieni umieszczony jest z tyłu, co w przypadku tego projektora raczej ma sens, bo i tak nie nadaje się on do dużych sal konferencyjnych.

Podsumowując, jest to projektor raczej do zastosowań domowych. Jedną z jego głównych zalet jest to, że podłączymy do niego niemal wszystko. Da się na nim obejrzeć zdjęcia czy film, a od biedy nawet pograć – dzięki złączu AV i przejściówce na RCA powinien nieźle nadać się do klasycznych konsol takich jak NES/Famicom/Pegasus czy inne Nintendo 64. Do zastosowań biurowych nadaje się tak sobie ze względu na kiepską rozdzielczość wyświetlanego obrazu. Jeśli bardzo chcecie mieć projektor w domu, ale musicie liczyć się z każdym groszem, możecie go sobie kupić. Jeśli jednak macie nieco większe zasoby gotówki, polecałbym jednak zainwestować w sprzęt o lepszych parametrach.

Powrót do przeszłości

Windows XP. Przez niektórych uważany za najlepszego Windowsa jaki kiedykolwiek powstał. Dziś jest to system niemal starożytny – wsparcie dla niego zakończyło się 8 kwietnia 2014 roku. Mimo to bardzo dobrze go wspominam i postanowiłem do niego wrócić instalując go na laptopie. Proces jego instalacji był nawet ciekawy – nie działało Wi-Fi, więc nie mogłem sobie tak po prostu ściągnąć sterowników. Sterowniki do Wi-Fi i karty dźwiękowej ściągnąłem na drugim komputerze i przeniosłem je na pendrivie. Instalacja sterownika grafiki była nieco bardziej skomplikowana, bo musiałem próbować kilka razy żeby znaleźć instalator, który instaluje co trzeba. W końcu doprowadziłem to wszystko do ładu. Żeby naprawdę poczuć klimat minionych lat, jako odtwarzacz multimediów zainstalowałem Winampa. Ze względu na dość przeciętną konfigurację laptopa na przykład filmy na YouTube w HD nie bardzo da się oglądać, ale przeżyję. Do czego będzie mi służył Windows XP? Głównie do zabawy starymi programami i grami. Takie starocia jak na przykład Rayman 2 i Rayman 3 działają płynnie. I pomyśleć, że kiedyś o takim Raymanie 2 mogłem sobie tylko pomarzyć, bo mój komputer nie miał akceleratora grafiki. Też pamiętacie czasy w których taki 3dfx był szczytem marzeń?

Nie udostępniaj publicznie zdjęć swojego dziecka w Internecie!

Źródło: http://ojciecroku.pl/list-matki-internetowej/

Obie płcie mają własne sposoby na dowartościowanie się korzystając z Internetu. Mężczyźni wrzucają do Internetu zdjęcia swoich gołych klat, samochodów itp. Kobiety wrzucają do Internetu zdjęcia swoich dzieci. No właśnie. Przeglądając Facebooka praktycznie codziennie widzę jak moje znajome (albo znajome ich znajomych) chwalą się swoimi pociechami. Zdarzają się nawet takie skrajności jak zdjęcia zrobione dzieciom tuż po ich narodzinach. Nie jest to jednak bezpieczna praktyka. Jeśli zawalasz bez opamiętania Internet zdjęciami swojego malucha, wytłumaczę Ci w kilku punktach dlaczego powinnaś natychmiast przestać:

  1. Twoje dziecko też ma prawo do prywatności. W przyszłości może mieć do Ciebie pretensje za to, że jego zdjęcia znalazły się w Internecie bez jego zgody. Oczywiście nie można zapytać o zgodę dziecka, które jeszcze nie mówi, ale podejrzewam, że starsze dzieci też nie są o to pytane.
  2. Nie wiadomo jak na zdjęcie Twojego dziecka zareagują w przyszłości jego koledzy gdy je znajdą. Może się zdarzyć, że Twoja pociecha stanie się obiektem żartów, a zdjęcie będzie przerabiane na najróżniejsze sposoby i Twoje dziecko stanie się memem. Czego oczywiście nie życzę żadnemu rodzicowi.
  3. W Internecie nic nie ginie. Nawet jeśli usuniesz zdjęcie z sieci, może się zdarzyć, że ktoś je już skopiował i być może umieścił gdzie indziej. Zdjęcie może zostać także zarchiwizowane w ramach projektu takiego jak Wayback Machine.
  4. Pedofile. Może się to wydawać straszne, ale oni istnieją. I mogą wykorzystać zdjęcie Twojego dziecka w sposoby o których nawet nie chcesz myśleć.

To nie są wszystkie powody dlaczego udostępnianie w sieci zdjęć swoich dzieci to zły pomysł, ale przynajmniej wymieniłem te najważniejsze. Nie rzucaj zdjęciami swojego dziecka na lewo i prawo – pokazuj je jedynie znajomym gdy Cię o to poproszą. Polecam zapoznać się z poradnikiem „Pomyśl, zanim wrzucisz” dostępnym tutaj.

LG G6

Od ostatniego wpisu minął ponad miesiąc, więc wypadałoby coś napisać. Do rzeczy – nie mam już najnowszego flagowca. Wczoraj na targach Mobile World Congress został zaprezentowany LG G6. Zobaczmy co ma w sobie następca G5:

  • Na początek chyba najważniejsza informacja – tak, LG G6 ma wyjście słuchawkowe.
  • LG najwyraźniej uległo modzie na metalowe ramki i szklane tyły we flagowcach. Do tych drugich nie jestem specjalnie przekonany, bo szkło ma tendencje do zbierania odcisków palców.
  • Ekran LG G6 ma nietypowe proporcje 18:9, a zatem szerokość ekranu jest równa połowie jego wysokości. Oznacza to więcej miejsca na treść bez konieczności poszerzania urządzenia. Do tego interfejs można podzielić na dwa kwadraty.
  • Rogi ekranu LG G6 są zaokrąglone. Ma to zastosowanie nie tylko estetyczne – dzięki temu jest mniejsza szansa, że ekran ulegnie uszkodzeniu jeśli urządzenie spadnie na róg.
  • Dla zwiększenia doznań wizualnych ekran obsługuje technologie HDR10 i Dolby Vision.
  • Zgodnie z przewidywaniami LG zrezygnowało z modułowości, która w LG G5 okazała się jedynie ciekawostką, a nie rewolucyjną funkcją. Oznacza to także, że w G6 nie ma dostępu do baterii, ale…
  • …LG G6 ma normę IP68, a więc jest pyło- i wodoodporny. Zatem po przypadkowym kontakcie z żywiołem wody nie powinno nic mu się stać.
  • G6 wciąż ma dodatkowy aparat szerokokątny. Rozdzielczość głównego aparatu została zredukowana z 16 do 13 megapikseli, ale aparat szerokokątny ma teraz taką samą rozdzielczość jak aparat główny i jakość zdjęć powinna być podobna. Dodatkową zaletą jest fakt, że tylne aparaty nie wystają już z obudowy.
  • W G6 dostępny jest manualny tryb nagrywania filmów, który do tej pory był zarezerwowany dla urządzeń z serii V (konkretnie V10 i V20). Cóż… Jeśli będę chciał mieć tryb manualny dla filmów w G5, muszę liczyć na aktualizację systemu lub polegać na zewnętrznych aplikacjach.
  • LG G6 obsługuje bezprzewodowe ładowanie, ale tylko w modelach sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych. Podobne ograniczenie dotyczy przetwornika DAC, który jest dostępny jedynie w modelach przeznaczonych na rynek azjatycki.
  • LG chyba stwierdziło, że nie ma sensu ścigać się o to kto ma najwydajniejsze podzespoły we flagowcu, bo w G6 po prostu skupiło się na tym aby wszystko działało płynnie, a nie na najszybszym procesorze i największej ilości pamięci RAM.
  • LG G6 ma 32 GB wbudowanej pamięci. Są też modele o pojemności 64 GB, ale te będą dostępne tylko na rynkach azjatyckich. Pamięć wciąż można rozszerzyć o kartę MicroSD o pojemności do 2 TB.
  • Bateria LG G6 ma 3300 mAh (czyli o 500 mAh więcej niż G5), ale, jak wspomniałem wcześniej, jest niewymienna.

Muszę przyznać, że nowy flagowiec od LG zapowiada się nawet ciekawie. I nie, nie zamierzam od razu wymieniać swojego G5, bo dopiero go kupiłem i chciałbym żeby posłużył mi parę lat.

Recenzja LG G5

W życiu każdego faceta przychodzi chwila kiedy musi kupić nowy telefon. No i przyszła pora na mnie – zastąpiłem swojego poczciwego Note’a 3 telefonem LG G5. Pewnie niektórzy z Was pomyślą, że zwariowałem, bo za podobne pieniądze mogłem kupić Samsunga Galaxy S7. Dlaczego wybrałem inaczej? Po pierwsze, wszyscy u mnie w rodzinie mają telefony Samsunga, więc postanowiłem się wybić i kupić telefon innej marki. Po drugie, kwestie sentymentalne – miałem już dwa telefony LG (z czego tylko jeden był smartfonem). Po trzecie, bardziej niż ekran Super AMOLED, bezprzewodowe ładowanie i wodoodporność zainteresowały mnie port USB typu C (i to 3.0!), nowsza wersja Quick Charge, radio FM, nadajnik podczerwieni, Android 7.0, szerokokątny aparat i wymienialna bateria. No dobrze, wiecie już czemu wybrałem tak, a nie inaczej. Pora na właściwą recenzję.

Wygląd, ekran i modułowość

Niektórzy mogą powiedzieć, że G5 jest brzydki. Ja tak nie uważam – według mnie wygląda całkiem w porządku, i jest to miła odmiana po podobnych do siebie telefonach Samsunga. Z przodu oczywiście znajduje się ekran. Specyfikacje: IPS, 5,3 cala, rozdzielczość 1440×2560 pikseli, gęstość 554 PPI. Po przesiadce z ekranu „tylko” Full HD (choć fizycznie większego) raczej nie zauważyłem różnicy w ostrości obrazu, ale przy tak dużej gęstości próżno szukać pojedynczych pikseli. Kąty widzenia i jakość obrazu na plus. Ekran LG G5 nie wyświetla takich cukierkowych kolorów jak Super AMOLED-y tylko stara się wiernie oddawać barwy, i mnie się to podoba.

Oprócz ekranu przód to standard. Głośnik do rozmów, przedni aparat, dioda powiadomień, czujnik światła i czujnik zbliżeniowy. Nie ma tu przycisków fizycznych – LG G5 korzysta z przycisków na ekranie. Na dole znajdziemy głośnik multimedialny, mikrofon i port USB typu C, który wyróżnia się tym, że jest dwustronny, więc po ciemku nie trzeba zgadywać którą stroną wetknąć wtyczkę – w przeciwieństwie do normalnych portów USB, które mają tajemnicze właściwości. Złącze USB typu C nie jest jeszcze szczególnie popularne, więc na imprezy polecam zabierać własny kabel.

Dół urządzenia można zdjąć i wymienić baterię (tak, LG G5 to jedyny obecny flagowiec w którym da się wymienić baterię) lub moduł. No właśnie – moduły. Modułowość miała być główną cechą LG G5, a okazała się jedynie mało znaczącą ciekawostką. Dostępnych modułów jest tyle co kot napłakał i nie wyróżniają się one niczym szczególnym. Ja w zestawie otrzymałem moduł LG CAM Plus, ale jeszcze nie miałem okazji go testować.

Z tyłu urządzenia znajdują się dwa aparaty (o nich powiemy sobie później) i przycisk blokady ekranu z wbudowanym skanerem linii papilarnych do którego wystarczy przyłożyć palec aby go aktywować. Działa on sprawnie, choć zdarza mu się nie rozpoznać odcisku palca. Jego umiejscowienie sprawia, że nie można odblokować telefonu nie podnosząc go, ale LG o tym pomyślało i dodało funkcję blokowania i odblokowywania urządzenia przez dwukrotne stuknięcie w ekran.

Po lewej stronie mamy przyciski do regulacji głośności i mało atrakcyjnie wkomponowany przycisk zwalniający moduł. Po prawej stronie jest tylko tacka na kartę SIM (telefon korzysta z kart nano SIM, więc czekała mnie wymiana karty u operatora) i kartę MicroSD o pojemności aż do 2000 GB.

Na górnej krawędzi znajdziemy gniazdo słuchawkowe i nadajnik podczerwieni umożliwiający sterowanie innymi urządzeniami. Mała rzecz, a dzięki niemu powiedzenie „kto ma zmieniarkę, ten ma władzę” traci na znaczeniu.

System

Jak na flagowca przystało, LG G5 ma topowe podzespoły: czterordzeniowy, 64-bitowy procesor Qualcomm Snapdragon 820 o taktowaniu 2,2 GHz, układ graficzny Adreno 530 i 4 GB pamięci RAM. W Antutu zestaw ten osiąga około 150 000 punktów, miażdżąc wydajnościowo mój poprzedni telefon, który zresztą jest byłym flagowcem. Sami zobaczcie:

Pojemność pamięci wewnętrznej LG G5 wynosi 32 GB (oczywiście użytkownik ma do dyspozycji nieco mniej). Gdyby to komuś nie wystarczyło, można rozszerzyć dostępną przestrzeń kartą MicroSD. Domyślnie w urządzeniu jest zainstalowany system Android 6.0.1, ale jest dostępna aktualizacja do wersji 7.0. Polecam ją pobrać, bo dodaje ona m.in. możliwość pracy na dwóch aplikacjach naraz. Domyślny launcher LG G5 jest pozbawiony spisu aplikacji (tzn. wszystkie aplikacje są na pulpitach głównych, jak w iPhone’ach), ale w sklepie LG dostępny jest „tradycyjny” launcher. W urządzeniu domyślnie zainstalowany jest zestaw aplikacji Google, co mało mi się podoba, bo nie można ich odinstalować jeśli nie zrootujemy telefonu. W ramach rekompensaty dostajemy jednak 100 GB miejsca na Dysku Google na dwa lata – całkiem miły prezent.

Aparat

Już na wstępie powiem, że LG G5 ma jeden z najlepszych aparatów dostępnych w smartfonach i tylko aparaty pozostałych aktualnych flagowców mogą z nim konkurować. Podobno w gorszych warunkach oświetleniowych radzi sobie gorzej niż aparat w Galaxy S7, ale mnie to za bardzo nie przeszkadza. Główny aparat ma 16 megapikseli i przysłonę f/1.8. Jest też wsparty laserowym autofokusem. Wisienką na torcie jest jednak drugi, szerokokątny aparat o kącie widzenia 135 stopni. Ma on „tylko” 8 megapikseli i przysłonę f/2.4. Niestety rejestruje on nieco mniej szczegółów niż główny aparat, ale mimo to zrobione nim zdjęcia są naprawdę niesamowite. Selfiaki będziemy cykać aparatem o rozdzielczości 8 megapikseli i przysłonie f/2.0. Używając tego aparatu można włączyć białe doświetlenie ekranu i wyciągnąć podniesioną dłoń i zacisnąć ją w pięść aby aktywować 3-sekundowy samowyzwalacz. Szybkie dwukrotne zaciśnięcie dłoni w pięść spowoduje zrobienie serii czterech zdjęć.

Aparat w LG G5 ma coś co powinno być wszędzie, czyli tryb manualny. Można w nim ręcznie ustawić balans bieli, ostrość, korektę ekspozycji, ISO (w zakresie od 50 do 3200) i czas otwarcia migawki (od 1/3200 sekundy do 30 sekund), a także zablokować ekspozycję. Szkoda, że brakuje trybu manualnego podczas nagrywania filmów, ale ta funkcjonalność najwyraźniej jest zarezerwowana dla urządzeń LG V10 i V20. Możliwy jest także zapis fotek w formacie RAW (czyli takim, który zajmuję tonę miejsca, ale umożliwia zaawansowaną obróbkę).

Nie ma niestety możliwości wyboru rozdzielczości zdjęcia – możemy jedynie wybrać proporcje (16:9. 4:3 i 1:1) Filmy nakręcimy w 4K, 1080p (opcjonalnie z szybkością 60 kl./s) i 720p. LG G5 jest wyposażony w optyczną stabilizację obrazu. Dla filmów można włączyć tryb Steady, który jeszcze bardziej ogranicza drgania kosztem zmniejszonego pola widzenia. Aplikacja aparatu zawiera dodatkowo ciekawe tryby: popout (obraz z głównego aparatu na tle obrazu z aparatu szerokokątnego), multi-view (ekran podzielony na części z dowolnymi kombinacjami aparatów) i Snap (tryb umożliwiający pauzowanie nagrywania przez puszczenie przycisku). Znajdziemy również kilka standardowych trybów – panoramę, slow motion w wersji nie dla leniwych (smartfon kręci film 720p z prędkością 120 kl./s i trzeba go spowolnić ręcznie w edytorze wideo) oraz timelapse. Do dyspozycji mamy też kilka filtrów, ale bądźmy szczerzy – od filtrów jest Instagram.

Oto przykłady zdjęć zrobionych tym smartfonem:

Na początek oczywiście zdjęcie kota. Bo jak inaczej?
« 1 z 7 »

Tutaj zaś mamy przykładowy film nakręcony w 4K:

Bateria i always-on display

Bateria w LG G5 ma 2800 mAh. Niby mało (wystarczy mi to na nie dłużej niż dzień pracy), ale wada ta jest rekompensowana obsługą szybkiego ładowania. W zestawie znajduje się nawet odpowiednia ładowarka.

Smartfon zawiera też pożyczony od Samsunga tryb always-on display. Wyświetla on datę, godzinę i ikony powiadomień na wygaszonym ekranie. Nie jest tak konfigurowalny jak w telefonach Samsunga (można co najwyżej zastąpić godzinę dowolnym napisem), ale wyświetla powiadomienia z większej liczby aplikacji. Do tego nie obciąża mocno baterii.

Cena

LG G5 można kupić w okolicach 2000 zł, czyli tyle samo co Galaxy S7 32 GB. Według mnie jest to uczciwa cena. Pamiętajcie tylko aby nie pomylić G5 z tańszym modelem G5 SE, który ma nieco słabsze podzespoły i tylko 3 GB RAM. Numer modelu „właściwego” LG G5 to H850.

Podsumowanie

LG G5 to według mnie bardzo niedoceniany smartfon. Może modułowość okazała się tu niewypałem, ale jest to flagowiec pełną gębą – świetna wydajność, świetne multimedia i świetne aparaty. Oczywiście polecam.