Telefon komórkowy + ziarna kukurydzy = popcorn?

Ostatnio coś mnie zaintrygowało, więc napisałem ten krótki post. Możliwe, że w trakcie Waszej przygody z Internetem natknęliście się na filmik na którym ziarna kukurydzy otoczone dzwoniącymi telefonami zaczęły się prażyć – taki jak ten:

Od razu mogę powiedzieć, że jest to bzdura. Po pierwsze, telefony komórkowe przez większość czasu odbierają sygnał, a nie nadają. Po drugie, gdyby promieniowanie emitowane przez telefony komórkowe było wystarczająco silne aby uprażyć kukurydzę, przyłożenie telefonu do głowy po prostu powodowałoby ból. Zresztą w ogóle plotki o rakotwórczych telefonach są mocno przesadzone. Uważać powinniśmy na fale będące na tyle silne aby mogły uszkodzić nasze DNA – takie jak promieniowanie UV od słońca. Fale radiowe nie są wystarczająco silne aby nam zagrozić. Jeśli nie żyjesz w kompletnie szczelnym pudełku, cały czas jesteś w zasięgu fal radiowych.

Mam nadzieję, że po tym poście ludzkość stanie się nieco mnie niedoedukowana. 🙂

Przemek Uczestnik WTZ – dzień piąty i remont

Na razie na warsztatach niewiele się zmieniło poza tym, że dziś (a właściwie wczoraj, bo skończyłem pisać post po północy) zamiast ćwiczeń był film pod tytułem „W samym sercu morza”. Osobiście filmy o wielorybnikach mnie nie pociągają, ale seans był nawet ciekawy i zawsze jest to jakaś odmiana. Proces poznawania nowego miejsca idzie mi nie najgorzej.

Żeby wpis nie był za krótki, dodam coś jeszcze. Ci z was, którzy śledzą stronę bloga na Facebooku być może wiedzą, że obecnie mam w domu remont. Chwilowo remont ten nie posunął się za bardzo do przodu, ponieważ facet, który się nim zajmuje, przez ostatnie kilka dni chorował. Nie powiem jaką firmę prowadzi, bo zaraz będę po nim troszkę jeździć. Dlaczego? Powiem tylko tyle, że raczej nie będziemy w przyszłości polecać jego usług. Co prawda facet frekwencję ma wysoką, ale przychodzi o ósmej i ucieka już koło czternastej, a w soboty robotę kończy jeszcze wcześniej. Planowo remont miał trwać jakieś 2-3 tygodnie, ale zaczął się z dwutygodniowym poślizgiem i trwa już ponad miesiąc, a z trzech pomieszczeń gotowa jest tylko kuchnia. Wprawdzie remont po części przedłużył się z przyczyn niezależnych od niego, ale gdyby nie uciekał do domu już po sześciu godzinach, z pewnością robota posuwałaby się szybciej. Ostatnio obiecał, że definitywnie skończy w tym tygodniu. Co prawda to nie jego wina, że zachorował, ale podejrzewam, że terminu i tak by nie dotrzymał. Dziś po odchorowaniu tych kilku dni znowu się u nas pojawił i skończył o tej samej porze co zawsze (mimo że obiecał zostać dłużej żeby nadrobić nieobecność), rozwalił trochę łazienkę (co trochę mu zajmuje, bo kafelki są zrobione porządnie), zdemontował spłuczkę z toalety i zepsuł nam ogrzewanie. Jutro nie przyjdzie, więc przez cały weekend nie będę miał ogrzewania ani ciepłej wody i będę musiał spłukiwać kibel wiadrem. To, że ja i mama już mamy dość to trochę lekko powiedziane.

Przemek Uczestnik WTZ – dzień drugi

Kolejny dzień nowych wrażeń za mną. Dzisiaj moim zadaniem w pracowni redakcyjnej było przepisanie tekstu z papieru na komputer. Nic trudnego, ale musiałem przy tym walczyć z niemożnością wpisania litery „ć” (w końcu jednak naprawiłem ten problem – przyczyną był włączony skrót klawiszowy w panelu sterowania karty graficznej. Przypomniałem sobie, że też musiałem z tym kombinować na własnym komputerze za czasów Windowsa XP).

Teraz parę zdań w sprawie ćwiczeń. Myślałem, że będzie mi szło najgorzej ze wszystkich, a jednak nie radziłem sobie źle. Nie chcę się jednak przechwalać, bo na tę terapię uczęszczają ludzie o różnej sprawności ruchowej. Z prostym żonglowaniem dwoma woreczkami (podrzucenie jednego w górę i drugiego z ręki do ręki) daję sobie radę, a podrzucanie ich stopą tak aby je złapać przy wyprostowanych plecach jest już nieco trudniejsze.

No i dwie ciekawostki na koniec: po pierwsze, jazda skuterem gdy słońce daje Ci po oczach nie jest fajna. Po drugie, dziś miałem urodziny i coś czuję, że za rok, gdy będę miał 30 lat, czeka mnie kryzys wieku średniego.

Przemek Uczestnik WTZ – dzień pierwszy

No więc, mam nowinę – od dzisiaj uczestniczę w Warsztatach Terapii Zajęciowej prowadzonych przez Fundację Misericordia w Górkach (położenie na Mapach Google). Od czasu do czasu pewnie będę opisywać swoje wrażenia tutaj na blogu, a zacznę tym wpisem. Z dostaniem się na taką terapię jest problem (przynajmniej u mnie w mieście) z liczbą wolnych miejsc. Traf chciał, że dwie osoby zrezygnowały, a na ich miejsce zostałem przyjęty ja i inny chłopak.

Moje miejsce jest w pracowni redakcyjnej, gdzie powstaje „Obserwator”, który jest wydawanym co dwa tygodnie dodatkiem do lokalnej gazety. Ogólnie jest tam miło i nawet można w dowolnym momencie coś zjeść albo zrobić sobie herbatę. W pracowni tej spotkało mnie zaskoczenie w postaci komputera z podłączonym monitorem o rozdzielczości 1024×768 i zainstalowanym Windowsem XP (przypominam, że wsparcie dla tego systemu zakończyło się w kwietniu 2014 r.). Jeszcze tylko brakuje żebym miał monitor kineskopowy. Pozostałe komputery miały podłączone monitory o bardziej rozsądnych rozdzielczościach i zainstalowane bardziej współczesne wersje Windowsa, z „dziesiątką” na czele. No nic, nie ma co narzekać. Są plany żeby wymienić ten mój komputer na lepszy. Za to pozytywnie mnie zaskoczyła prędkość Internetu.

Drugą „atrakcją” były obowiązkowe ćwiczenia. Trwają one tylko pół godziny i nie wymagają kondycji na poziomie olimpijskim, więc da się wytrzymać.

Na koniec najlepsze. Uczestnictwo w terapii jest oczywiście bezpłatne, a do tego uczestnicy dostają kasę za pokazywanie się tam! Kieszonkowe to wynosi 50 zł miesięcznie minus ewentualne potrącenia za nieobecności.

Może trochę mało napisałem, ale dziś nie działo się nic specjalnego. Przed udaniem się na terapię byłem nieco zestresowany (wiadomo, pierwszy dzień), ale nie było tak źle. Jutro kolejny dzień i być może pojawi się o nim wpis. Zobaczymy.

20 mitów medycznych, które powinny przestać istnieć

Wiele osób wierzy we wszystko co przeczytają w Internecie i między innymi przez to powstają różne absurdalne mity. Dziś kontynuuję swoją misję „odgłupiania” ludzi i przedstawiam garść medycznych mitów, które według mnie nie mają racji bytu.

  1. Szczepionki powodują autyzm – celowo zacząłem od tego, ponieważ jest to mój najbardziej (nie)ulubiony i chyba najgorszy i najtragiczniejszy w skutkach mit. Źródłem tego mitu jest były chirurg Andrew Wakefield, który na podstawie „badania” obejmującego 12 dzieci zasugerował związek szczepionki MMR z autyzmem i zapaleniem jelit. Nieetyczne działania Wakefielda (w tym rzekome pobieranie i płacenie przez niego za próbki krwi dzieci na urodzinach jego syna) doprowadziły do tego, że został on pozbawiony prawa do wykonywania zawodu lekarza, zaś czasopismo medyczne „The Lancet” wycofało jego publikację. Niestety, ten mit rozniósł się przez sławy takie jak Jenny McCarthy (która zresztą jest aktorką i byłą modelką Playboya, a nie immunologiem). Od tamtego czasu przeprowadzono wiele badań (w tym metaanalizę w której brało udział około 1,25 miliona dzieci) i żadne z nich nie wykazało jakiegokolwiek związku między autyzmem a szczepieniami. A żeby było jeszcze zabawniej, ruch antyszczepionkowy ufundował badanie za 250 000 dolarów, które także nie wykazało związku.
  2. Żywność modyfikowana genetycznie to śmiertelne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia – żywność modyfikowaną genetycznie można jeść bez obaw i nie jest ona bardziej niebezpieczna niż żywność tradycyjna, co zostało potwierdzone wieloma badaniami. Należy też pamiętać, że modyfikacja genetyczna zachodzi także w przyrodzie w mniej lub bardziej naturalny sposób – psy, które na co dzień wyprowadzamy na spacer, to nic innego jak genetycznie zmodyfikowane wilki. Podczas stosunku mężczyzna przekazuje swój materiał genetyczny kobiecie, więc my też jesteśmy genetycznie modyfikowani. Zresztą kobiety szukające wysokich, dobrze zbudowanych mężczyzn to też pewna forma modyfikacji genetycznej. Na podobnej zasadzie działa modyfikacja genetyczna żywności – dzięki niej możemy uzyskać więcej plonów, które dodatkowo będą odporne na insekty, co oznacza mniej pestycydów. I nie, łańcuch genetyczny w żywności nie łączy się z naszym tylko ulega rozpadowi w układzie trawiennym. Żądnym wiedzy polecam stronę GMOAnswers, gdzie znajduje się dużo informacji o żywności modyfikowanej genetycznie i można nawet samemu zadać pytanie ekspertom.
  3. Gluten to śmiertelne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia – jeśli nie masz celiakii ani alergii na pszenicę, nie masz się czego bać. Ostatnio są modne różne diety bezglutenowe, które czasami uwzględniają nawet produkty niezawierające naturalnie glutenu (tak, zdarzają się nawet takie absurdy jak woda bez glutenu!).
  4. Żywność organiczna jest lepsza – nie. Żywność organiczna nie ma żadnych dodatkowych korzyści zdrowotnych czy walorów smakowych w porównaniu do tradycyjnej żywności, ale za to jest droższa. Supermarkety trochę nas robią w konia sprzedając tzw. „żywność bio”, dodatkowo twierdząc, że nie jest modyfikowana genetycznie, co nie za bardzo jest prawdą. Dlaczego? Ano dlatego że na przykład prawdziwe „banany bio” tak naprawdę wyglądają tak. Aha, w uprawach organicznych też stosuje się pestycydy, i to bardziej toksyczne niż w przypadku upraw konwencjonalnych.
  5. Aspartam powoduje raka – nie ma na to naukowych dowodów. Osoby z fenyloketonurią powinny jednak uważać na aspartam. Agencja Żywności i Leków ustaliła dopuszczalne dzienne spożycie aspartamu na poziomie 50 mg na kilogram masy ciała12-uncjowa puszka Coca-Coli Zero (troszeczkę więcej niż polskie puszki 0,33 l) zawiera 87 mg aspartamu. Oznacza to, że osoba o wadze 70 kg musiałaby wypić ponad 40 (amerykańskich – polskie mają trochę mniejszą pojemność) puszek Coca-Coli Zero w ciągu dnia aby przedawkować aspartam. Wybaczcie, że podałem amerykańskie dane, ale nie znalazłem informacji co do zawartości aspartamu dotyczącej Polski. Inną sprawą jest fakt, że słodziki pobudzają apetyt i mogą doprowadzić do nadrabiania „oszczędzonych” kalorii.
  6. Do przeziębienia dochodzi przez niską temperaturę – choroby takie jak przeziębienie czy grypa to choroby wirusowe, więc ich przyczyną są wirusy, a nie niska temperatura. Kraje o cieplejszym klimacie nie są odporne na przeziębienia. Jednym z wytłumaczeń zwiększonej zachorowalności w okresie zimowym jest fakt, że w zimniejszym okresie roku spędzamy więcej czasu wewnątrz z innymi ludźmi, przez co mamy więcej „okazji” do zarażenia się.
  7. Po jedzeniu należy odczekać godzinę przed wejściem do wody – pływanie po posiłku nie powoduje skurczów, ale organizm musi strawić to co zjedliśmy, co jednak może powodować pewien dyskomfort. Dużo gorszym pomysłem jest pływanie po alkoholu (oczywiście stanowczo odradzam).
  8. Człowiek wykorzystuje tylko 10% swojego mózgu – ludzki mózg pracuje przez cały czas – przecież jakoś musi pilnować funkcji życiowych. Człowiek wykorzystuje cały mózg – po prostu niekoniecznie cały naraz. Gdybyśmy faktycznie wykorzystywali tylko 10% mózgu, bylibyśmy mniej więcej tak inteligentni jak płazy.
  9. Suplementy witaminowe są dla nas dobre – tak naprawdę przydają się tylko gdy mamy jakieś naprawdę poważne niedobory witamin. Nadmiar witamin i innych mikroelementów może być nawet gorszy niż ich niedobór.
  10. Powinniśmy pić 8 szklanek wody dziennie – zapotrzebowanie na wodę zależy od różnych czynników i każdy z nas potrzebuje różnych ilości wody. Pić powinniśmy gdy jesteśmy spragnieni. Należy zaznaczyć, że wypicie zbyt dużej ilości wody może skończyć się nieciekawie.
  11. Połknięta guma do żucia spędza w organizmie 7 lat – guma do żucia przechodzi przez układ trawienny tak samo szybko i wychodzi z nas tą samą drogą co inne niestrawione resztki. Zbyt duży kawał gumy może jednak zatkać jelito i zafundować nam drzemkę na stole operacyjnym.
  12. Zakwaszenie organizmu to poważny problem – zakwaszenie organizmu i wszelkiej maści diety alkalizujące to bzdura. Nasz organizm potrafi sam regulować poziom pH w procesie zwanym homeostazą i to co jemy nie ma na to wielkiego wpływu (na skutek diety może zmienić się poziom pH śliny lub moczu, co jednak nie ma nic wspólnego z poziomem pH krwi). Organizm cały czas stara się utrzymać pH krwi na poziomie między 7,35 a 7,45. Poniżej tego zakresu mamy kwasicę (a nie jakieś tam zakwaszenie), a powyżej zasadowicę (czyli przesadzić można też w drugą stronę). Jeśli Twoja krew za bardzo wyjdzie poza wspomniany zakres pH, po prostu umrzesz. Gdyby Twoja dieta miała wpływ na poziom pH Twojego organizmu, wypicie dużej szklanki soku pomarańczowego mogłoby Cię zabić.
  13. Jedzenie późno w nocy powoduje przybieranie na wadze – liczy się liczba zjedzonych kalorii, a nie pora wyżerki.
  14. Alkohol zabija komórki mózgowe – w rzeczywistości prowadzi do uszkodzeń zakończeń nerwowych, ale tylko w przypadku nadmiernego spożycia.
  15. Jedzenie marchwi poprawia wzrok lub nawet umożliwia widzenie w ciemności – źródłem tego mitu jest brytyjska propaganda z czasów I wojny światowej.
  16. Potrzebujemy cudownych diet powodujących detoksykację organizmu – tak naprawdę potrzebujemy działającej wątroby, pary nerek i prawidłowej diety. Jeśli wątroba lub nerki nie działają, potrzebujemy lekarza.
  17. Naturalne = lepsze, bezpieczniejsze, zdrowsze itp. – niekoniecznie. To czy dana substancja jest naturalna czy „sztuczna” nie ma żadnego znaczenia. Praktycznie każda substancja – nieważne czy naturalna czy nie – w zbyt dużej dawce jest szkodliwa. W naturze występuje sporo trucizn pod postacią grzybów, owoców, ziół czy choćby jadu zwierząt (nie zapominajmy, że zwierzęta nie myją zębów, więc nawet niejadowite ugryzienia mogą się skończyć paskudną infekcją). Poza tym powodzie, burze, huragany, tsunami, trzęsienia ziemi i inne klęski żywiołowe są naturalne, a jednak wolałbym ich nie doświadczyć.
  18. Żywność z mikrofalówki jest niezdrowa – mikrofale (które są słabsze od na przykład promieniowania rentgenowskiego) nie powodują powstawania żadnych niechcianych substancji w jedzeniu tylko pobudzają atomy, prowadząc do powstawania ciepła. Ponadto mikrofalówki są skonstruowane tak aby mikrofale nie wydostawały się na zewnątrz, więc użytkownicy mikrofalówek są bezpieczni. Warto też dodać, że gotowanie w mikrofalówce pozwala zachować witaminy i mikroelementy ponieważ trwa krócej niż gotowanie tradycyjne.
  19. Gdy nie ćwiczymy, mięśnie zamieniają się w tłuszcz – tłuszcz i mięśnie to dwie różne tkanki i jedna nie może zmienić się w drugą. Jeśli nie ćwiczymy, nieużywane mięśnie zanikają, robiąc miejsce dla tłuszczu.
  20. Zasada pięciu sekund – badania potwierdziły, że na upuszczonym jedzeniu znajduje się znaczna ilość bakterii – nawet jeśli podniesiemy je w mniej niż pięć sekund.

Serwer Discord!

Dziś chciałbym przedstawić swój kolejny eksperyment, a mianowicie serwer Discord. Discord jest komunikatorem tekstowo-głosowym, który jest skierowany do graczy, ale równie dobrze można go wykorzystać do normalnych pogawędek. Ma on stanowić lepszą i całkowicie darmową alternatywę dla programów takich jak Skype czy TeamSpeak. Jeśli jesteście ciekawi, możecie poczytać o nim tutaj. Discord jest dostępny na komputerach i urządzeniach mobilnych (można go pobrać tutaj), a także działa w przeglądarce internetowej.

Nie wiem na ile ten serwer będzie popularny, ale nic mnie on nie kosztuje, więc można spróbować. Dodałem już podstronę z instrukcją jak dołączyć (link znajdziecie w menu na górze), ale jeśli Wam się śpieszy, możecie po prostu kliknąć tutaj.

Recenzja pada do smartfonów Modecom Volcano Flare

Opakowanie z padem bezprzewodowym Modecom Volcano Flare

Gry na smartfony to fajne zabijacze czasu, ale tylko gdy da się w nie grać jednym palcem. Gdy jest więcej przycisków i trzeba operować paroma palcami naraz, granie staje się mniej więcej tak wygodne jak jedzenie zupy widelcem. Na szczęście można ten problem obejść dzięki obsłudze zewnętrznych kontrolerów takich jak Modecom Volcano Flare o którym sobie dziś opowiemy.

Jak widać na zdjęciu powyżej, pad przychodzi do nas w całkiem niezłym opakowaniu. Volcano Flare z wyglądu trochę przypomina pada od Xboksa 360 – a właściwie to wygląda niemal identycznie jak pad od Xboksa 360. Jakość wykonania stoi na przyzwoitym poziomie. W sumie mogę przyczepić się tylko do mało wygodnego krzyżaka kierunkowego (choć w dzisiejszych czasach rolę krzyżaka do poruszania postacią w grze przejmuje raczej lewa gałka analogowa) i do zbyt głęboko osadzonych przycisków multimedialnych, które po prostu trzeba wciskać paznokciem. Pad jest wyposażony w uchwyt na smartfona, który nie chwyta go z jakąś ogromną siłą, ale na tyle pewnie żeby nie doszło nagle do kolizji naszego smartfona z podłogą. W uchwycie tym można zamontować urządzenie o przekątnej ekranu do 6 cali. Dla posiadaczy większych urządzeń (tzn. tabletów) Modecom przygotował inny model o nazwie Volcano Flame. Pewnym problemem może być fakt, że pad nie jest specjalnie dociążony, więc jeśli się go odłoży, waga zamocowanego w uchwycie smartfona po prostu go przewróci.

Modecom Volcano Flare komunikuje się ze smartfonem przez Bluetooth, a jego bateria według producenta wystarczy aż na 15 godzin zabawy, zaś jej naładowanie od zera do pełna trwa około trzech godzin. Pad działa bezprzewodowo, więc gry reagują na jego polecenia z niewielkim opóźnieniem, które jednak nie przeszkadza za bardzo w rozgrywce. Kupując taki pad należy pamiętać, że nie każda gra obsługuje zewnętrzne kontrolery (fanów stawiania klocków z radością informuję, że Minecraft Pocket Edition jest jedną z gier, które takie pady obsługuje). Jeśli mamy zrootowane urządzenie, można sobie z tym poradzić ściągając aplikację do mapowania przycisków na kontrolerze do poleceń na ekranie dotykowym, ale niestety jeszcze nie znalazłem aplikacji tego typu, która działa bezbłędnie.

Za pada Modecom Volcano Flare należy zapłacić gdzieś tak od 170 do 200 zł (model Volcano Flame przystosowany do tabletów jest nieco droższy). Ja swojego pada zdobyłem na Allegro za 169 zł z darmową wysyłką. Uważam, że to całkiem fajny sprzęt i naprawdę nieźle się nada żeby się czymś zająć na przykład w podróży. Ponieważ pad jest bezprzewodowy, smartfona można bez problemu podłączyć do źródła zasilania, a jeśli chodzi o samego pada, 15 godzin działania na baterii powinno wystarczyć do większości zastosowań. A jeśli mamy ochotę na coś w stylu retro, można ściągnąć na przykład emulator NES-a i pograć w Super Mario Bros. (uprzedzając pytania, emulatory są legalne, ale ROM-y komercyjnych gier nie za bardzo i nie pomogę Ci w ich zdobyciu. Coś Ci jednak podpowiem – na Game Jolt od jakiegoś czasu można dostać legalne ROM-y typu homebrew). Pada Modecom Volcano Flare mogę śmiało polecić każdemu fanowi mobilnego grania.

22 powody dlaczego wolę Androida, a nie iOS

Pomyślałem sobie, że niektórych może zainteresować moja opinia na ten temat, więc naskrobałem ten post na koniec sierpnia. Z góry informuję, że ten post nie ma na celu przedstawiania produktów Apple jako jakichś gorszych. iPhone’y i iPady to naprawdę dobre urządzenia – ja po prostu mam inne potrzeby co do smartfonów i tabletów, ale są rzeczy, które mi się w Androidzie nie podobają (takie jak dostępność nowszych wersji systemu zależna od dobrej woli producentów urządzeń i operatorów sieci komórkowych – iOS pod względem dostępności aktualizacji jest o wiele lepszy). To, że mnie bardziej odpowiada Android nie znaczy, że Tobie też będzie odpowiadać. Uprzedzam jeszcze, że nie jestem na bieżąco z najnowszymi wersjami iOS, więc może być coś o czym nie wiem.

No dobra, nie ma co przedłużać, więc zacznę wymieniać swoją listę powodów.

  1. Niewymienna bateria w urządzeniach z iOS. Niektóre smartfony i praktycznie wszystkie tablety z Androidem zresztą też mają niewymienne baterie i ma to swoje zalety, ale brak możliwości samodzielnej wymiany baterii oznacza, że uszkodzenie lub zużycie baterii wiąże się z koniecznością oddania urządzenia do serwisu. No i nie ma możliwości szybkiego „naładowania” urządzenia przez wymianę rozładowanej baterii na naładowaną. Wprawdzie można zamówić w Internecie nową baterię i rozebrać urządzenie na własną rękę, ale powodzenia w późniejszym oddawaniu go na gwarancję.
  2. Brak slotu na kartę MicroSD w urządzeniach z iOS. Dla wielu osób 8 czy nawet 16 GB miejsca na dane to za mało. Nowe urządzenia z iOS mają bardziej rozsądne pojemności niż te starsze, ale za takiego iPhone’a z większą ilością pamięci na dane trzeba sporo dopłacić.
  3. Niestandardowe złącze w urządzeniach z iOS. USB pasuje praktycznie do wszystkiego, Lightning tylko do iPhone’ów i iPadów. Owszem, Lightning jest fajny, bo jest dwustronny, ale zyskujące popularność złącze USB typu C też jest dwustronne.
  4. Urządzenia z iOS są drogie. Tak, wiem, że flagowe urządzenia z Androidem też są drogie, ale nie każdy potrzebuje superszybkiego urządzenia, które wykręca sześciocyfrowe wyniki w Antutu.
  5. Jeśli jesteś w większości, która ma peceta z Windowsem, a nie Maka, nie wykorzystasz pełni możliwości urządzenia z iOS.
  6. Urządzenia z iOS nie są rozpoznawane przez system jako dyski zewnętrzne. Aby wgrać na nie cokolwiek, musisz ściągnąć program iTunes, który na Windowsie działa wiadomo jak (a jeśli nie wiadomo, to podpowiadam: tak sobie), a na Linuksa w ogóle nie jest dostępny.
  7. iPhone 7 prawdopodobnie zostanie pozbawiony wyjścia słuchawkowego, co dla zwolenników słuchawek przewodowych oznacza konieczność zakupu nowej pary słuchawek ze złączem Lightning jeśli zdecydują się na tego iPhone’a.
  8. Android ma większy wybór aplikacji. iOS jednak bardziej stawia na jakość, a nie na ilość, a sprawdzanie każdej aplikacji zanim stanie się ona dostępna w App Store gwarantuje, że nie prześlizgną się żadne aplikacje wysyłające SMS-y na numery premium.
  9. Aplikacje na iOS są dostępne wyłącznie przez App Store. Na Androidzie jest większy wybór sklepów i możliwość instalacji aplikacji bezpośrednio z plików APK. Rozwiązanie iOS między innymi dzięki ręcznej weryfikacji aplikacji jest jednak bezpieczniejsze – instalując aplikacje z plików APK z nieznanych źródeł możemy się narazić na wyższe rachunki lub skradzione dane.
  10. Aby tworzyć aplikacje na iOS, musisz mieć Maka, a żeby publikować je w App Store, musisz płacić 99 dolarów rocznie. Tworzenie aplikacji na Androida jest możliwe na każdej popularnej platformie, a ich publikacja w Google Play wymaga jedynie jednorazowej opłaty w wysokości 25 dolarów.
  11. Wyglądu iOS nie można za bardzo dopasować do swoich upodobań – da się zmienić tapetę, ale to w sumie wszystko. Android pod tym względem wypada znacznie lepiej.
  12. Aparaty fotograficzne w urządzeniach z iOS mają dość ograniczony zestaw funkcji, w tym brak spotykanych w niektórych urządzeniach z Androidem ustawień manualnych.
  13. Urządzenia z iOS nie obsługują USB On-The-Go, więc nie można podłączyć do nich urządzeń takich jak klawiatury, myszki czy popularne pamięci zewnętrzne (są jednak specjalne pamięci zewnętrzne dedykowane dla urządzeń z iOS).
  14. Safari (znane też jako „najbardziej zaawansowana przeglądarka mobilna na świecie”) nie umożliwia pobierania plików ani umieszczania ich na serwerze za pośrednictwem odpowiedniego formularza.
  15. Urządzenia z IOS nie obsługują wolnych i pozbawionych patentów formatów audio i wideo (np. OGG). Po prostu nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego.
  16. Wybór urządzeń z iOS jest dość skromny. Zwolennicy Androida za to mogą wybrać spośród wielu urządzeń od LG, Samsunga, Sony i nie tylko – każdy znajdzie coś dla siebie.
  17. Urządzenia z iOS nie oferują udogodnień takich jak wodoodporność, radio FM czy dioda podczerwieni umożliwiająca używanie urządzenia jako pilota. Wiem, że nie każdy potrzebuje tego typu funkcji, ale warto zwrócić na to uwagę.
  18. Zrootowanie urządzenia z Androidem daje większe możliwości niż jailbreak urządzenia z iOS.
  19. Brak diody powiadomień, ikon powiadomień na pasku stanu i innych tego typu rzeczy w urządzeniach z iOS, przez co jeśli przegapimy jakieś powiadomienie, nie dowiemy się o nim dopóki nie rozwiniemy panelu powiadomień.
  20. Urządzenia z iOS nie obsługują szybkiego ani bezprzewodowego ładowania.
  21. Wprowadzona w iOS 9 możliwość korzystania z dwóch aplikacji naraz dotyczy tylko iPadów podczas gdy funkcja ta na Androidzie od jakiegoś czasu istnieje także na niektórych smartfonach, a dodatkowo została wprowadzona natywnie w Android Nougat.
  22. Rysik Apple Pencil do iPada Pro trzeba kupić osobno (do tego nie jest on zbyt tani) i trzeba go ładować. Rysik S-Pen do urządzeń Samsunga z serii Note jest zawsze dołączony do zestawu i działa bez baterii.

Tych powodów pewnie znajdzie się więcej, ale wymieniłem jedne z najważniejszych. Jednak jeszcze raz powtarzam – zarówno iOS jak i Android to dobre systemy i ten post przedstawia tylko mój punkt widzenia. Mam nadzieję, że ten post nie doprowadzi do wojny w komentarzach.

O pseudokonkursach i żebraniu o lajki

Zrzut ekranu z opisem filmu na YouTube

W dzisiejszym wpisie opowiemy sobie o kolejnych rzeczach, które mnie niezmiernie wkurzają, czyli o facebookowych i youtube’owych pseudokonkursach i żebraniu o polubienia i subskrypcje. Na początek odpowiemy na pytanie dlaczego użyłem określenia „pseudokonkursy”. Z definicji konkurs to zabawa w której najlepszy uczestnik wygrywa nagrodę. W tych pseudokonkursach zwycięzca zazwyczaj jest wybierany w drodze losowania. Zatem nie są to konkursy tylko losowania – wygrywa nie najlepszy uczestnik tylko jeden z uczestników wybrany losowo.

No, pseudokonkursy mamy z głowy – teraz żebranie. Na pewno zauważyliście, że na Facebooku podstawowym warunkiem udziału w „konkursie” jest polubienie i udostępnienie posta konkursowego oraz polubienie strony organizującej „konkurs”, a na YouTube zasubskrybowanie kanału i postawienie łapki w górę pod filmem. Po co? Po to aby autor takiego „konkursu” mógł piąć się w górę w statystykach i zbierać cyferki do nic niewartego licznika. Na YouTube na przykład wysoko oceniany film ma szansę dostać się na stronę główną i w rezultacie zyskać więcej odsłon, a oprócz tego na YouTube istnieje możliwość zarabiania pieniędzy na reklamach wyświetlanych pod filmem. Chyba wiecie do czego zmierzam. Niby nikomu to nie szkodzi, ale wyobraźcie sobie, że w rezultacie ktoś kto nakręcił coś naprawdę fajnego nie ma szansy dostać się na stronę główną, bo wyprzedzi go jakiś kretyn, który wyżebrał sobie wysokie oceny. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko byciu popularnym i zarabianiu na YouTube, ale należy to robić zgodnie z założeniami serwisu, czyli tworząc ciekawe treści, a nie żebrząc o cyferki do licznika.

Oczywiście żebractwo nie jest ograniczone tylko do pseudokonkursów. Na Facebooku na pewno spotkaliście się z tekstami typu „kto się zgadza, daje lajka”, „daj lajka jeśli…” czy nawet „jeśli zignorujesz – nie masz serca” pod zdjęciami smutnych piesków lub chorych ludzi (tak jakby serce miał ten, który wykorzystuje cierpienie innych aby nabijać polubienia). Zdarzają się także posty sugerujące, że autor dostanie jakieś sumy pieniędzy na schroniska dla zwierząt w zamian za polubienia, komentarze i udostępnienia, co oczywiście jest bzdurą. Chcesz pomóc bezdomnym kotkom? Adoptuj jednego albo sam wpłać pieniądze na wybrane schronisko. Genialne, prawda?

Na YouTube mamy słynne „20 000 łapek w górę – lecimy z następnym odcinkiem”. Rozumiem, że jak nie będzie 20 tysięcy łapek w górę, to nie będzie następnego odcinka? Może trochę przesadzam, ale jak ktoś prosi w filmie o łapkę w górę (i ewentualnie subskrypcję) już w pierwszych sekundach, to mam ochotę dać mu łapkę w dół i zamknąć film – i zazwyczaj tak robię. Oczywiście ci ludzie proszą o łapki i subskrypcje, bo to ich „motywuje”. Taa, jasne.

Osobiście uważam, że tego typu praktyki zarówno na Facebooku jak i na YouTube powinny być karane, ponieważ jest to wykorzystywanie systemu ocen niezgodnie z przeznaczeniem. W sklepie Google Play zabronione jest oferowanie jakichkolwiek korzyści w zamian za ocenienie aplikacji na 5 gwiazdek. Czemu by więc nie wprowadzić czegoś podobnego na YouTube? Zresztą marzy mi się przywrócenie na YouTube pięciogwiazdkowego systemu oceniania.

Na koniec przypominam, że polubienia i subskrypcje powinno się dawać jako dowód uznania za włożoną pracę, a nie gdy autor posta na Facebooku lub filmu na YouTube tak nam każe.

Nowy hosting i domena .pl!

Blog This Is Internet od dziś ma nowy dom! Pewnie zapytacie po co ta zmiana hostingu. Cóż – po pierwsze, darmowy hosting oznaczał pewne ograniczenia, a ta reklama na górze (hosting darmowy, ale firma jakoś musi zarabiać) też jakoś mi nie leżała. Po drugie, płatny hosting z dobrym zestawem funkcji wcale nie musi być drogi. Teraz blog jest hostowany przez Hosting24 – ta firma już hostuje inną moją stronę, więc mam już z nimi doświadczenie, a chyba najfajniejszą ich cechą jest dołączanie do każdego płatnego hostingu całkowicie darmowej domeny (tak, jej odnowienie też jest darmowe!). Nie jest to serwer VPS tylko zwykły hosting współdzielony, ale dla mało popularnego bloga, którego nie odwiedza kilka miliardów osób miesięcznie znakomicie się nada. Oprócz lepszego hostingu mam teraz dużo lepiej prezentującą się domenę .pl. Co jeszcze mam? Darmowy certyfikat SSL dostarczany przez Let’s Encrypt. Może nie obracam jakimiś superważnymi danymi, które trzeba koniecznie szyfrować, ale certyfikat SSL poprawia pozycję w wyszukiwarkach internetowych i coraz więcej różnych technologii go wymaga. Poza tym dają za darmo, więc czemu by nie brać?

Na koniec parę drobnych spraw organizacyjnych:

  • Stary adres nadal działa, ale już przekierowuje na nowy hosting.
  • Od teraz mój e-mail kontaktowy to kontakt[at]thisisinternet.pl. Stary adres (kontakt[at]thisisinternet.cba.pl) będzie aktywny jeszcze przez jakiś czas, ale na niego też przyjdzie pora.

No, to tyle na dziś.