Recenzja projektora z Netto

Pudełko w którym był zapakowany projektor. Z kotem do porównania rozmiaru.

Dziś lokalny sklep Netto miał swoje re-otwarcie. Z tej okazji można było tam kupić m.in. projektor nieznanej mi firmy Setty za 145 zł (przeceniony z 249 zł). No i ciekawości ten projektor kupiliśmy – stąd ta niespodziewana recenzja. Czy warto?

Pierwsze co się rzuca w oczy po wyjęciu tego projektora z pudełka to fakt, że jest on naprawdę mały i lekki. Można go bez najmniejszego problemu podnieść jedną ręką. Plastik z którego wykonany jest projektor jest nawet przyzwoitej jakości i nic nie trzeszczy, choć przy potrząsaniu coś w środku lekko grzechocze.

A jak wygląda sprawa z łącznością? Obraz do projektora można przesyłać przez złącza VGA, HDMI i AV, a dodatkowo w zestawie znajdziemy przejściówkę z AV na RCA (tzw. cinch), dzięki czemu do projektora podłączymy także starszy sprzęt taki jak retro konsole do gier. Oprócz tego projektor ma złącze USB do podłączenia pendrive’a lub dysku zewnętrznego oraz slot na kartę SD, dzięki czemu zdjęcia i filmy można przeglądać bez podłączania projektora do komputera. Projektor ma wbudowany głośnik, więc nie czeka nas nieme kino. Czyli z multimediami jest naprawdę nieźle.

Projektor jest reklamowany jako Full HD, ale klient jest tu niestety wprowadzany w błąd. Full HD to maksymalna obsługiwana rozdzielczość obrazu odbieranego przez projektor. Rozdzielczość wyświetlanego obrazu wynosi tylko 480×320 pikseli. Trochę marnie, ale za tę cenę trudno spodziewać się czegoś lepszego. Piksele są dobrze widoczne, a tekst napisany małą czcionką jest po prostu nieczytelny:

Nie, to nie jest kwestia kiepskiego aparatu. Tak niestety wygląda tekst wyświetlany przez ten projektor po zeskalowaniu w dół z rozdzielczości 1366×768 do 480×320.

Nieco lepiej wypada żywotność lampy, którą producent ocenia na 50 000 godzin. Oznacza to nieco ponad 5,5 roku nieprzerwanej pracy (no, niekoniecznie nieprzerwanej, bo zostawienie projektora włączonego na dłużej niż 6 godzin skróci jego żywotność). Chyba całkiem nieźle jak za takie pieniądze. Projektor może wyświetlać obraz o przekątnej od 20 do 100 cali, a powierzchnia na którą obraz ma być rzutowany może być oddalona na odległość od 1,2 do 3,6 m. Najlepiej obraz oczywiście wygląda w ciemności, ale w dzień przy zasłoniętych zasłonach też ujdzie. Film odtwarzany z projektora prezentuje się tak:

Obsługa projektora jest raczej średnio intuicyjna. Co prawda interfejs jest po polsku, ale z angielskimi wstawkami, a polskie znaki nie są w ogóle wyświetlane. Przyciski kierunkowe są ustawione w jednym rzędzie i nie ma przycisku OK. Na szczęście do zestawu jest dołączony pilot, który znacząco ułatwia obsługę urządzenia, ale baterie do niego trzeba dokupić osobno. Odbiornik podczerwieni umieszczony jest z tyłu, co w przypadku tego projektora raczej ma sens, bo i tak nie nadaje się on do dużych sal konferencyjnych.

Podsumowując, jest to projektor raczej do zastosowań domowych. Jedną z jego głównych zalet jest to, że podłączymy do niego niemal wszystko. Da się na nim obejrzeć zdjęcia czy film, a od biedy nawet pograć – dzięki złączu AV i przejściówce na RCA powinien nieźle nadać się do klasycznych konsol takich jak NES/Famicom/Pegasus czy inne Nintendo 64. Do zastosowań biurowych nadaje się tak sobie ze względu na kiepską rozdzielczość wyświetlanego obrazu. Jeśli bardzo chcecie mieć projektor w domu, ale musicie liczyć się z każdym groszem, możecie go sobie kupić. Jeśli jednak macie nieco większe zasoby gotówki, polecałbym jednak zainwestować w sprzęt o lepszych parametrach.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Recenzja LG G5

W życiu każdego faceta przychodzi chwila kiedy musi kupić nowy telefon. No i przyszła pora na mnie – zastąpiłem swojego poczciwego Note’a 3 telefonem LG G5. Pewnie niektórzy z Was pomyślą, że zwariowałem, bo za podobne pieniądze mogłem kupić Samsunga Galaxy S7. Dlaczego wybrałem inaczej? Po pierwsze, wszyscy u mnie w rodzinie mają telefony Samsunga, więc postanowiłem się wybić i kupić telefon innej marki. Po drugie, kwestie sentymentalne – miałem już dwa telefony LG (z czego tylko jeden był smartfonem). Po trzecie, bardziej niż ekran Super AMOLED, bezprzewodowe ładowanie i wodoodporność zainteresowały mnie port USB typu C (i to 3.0!), nowsza wersja Quick Charge, radio FM, nadajnik podczerwieni, Android 7.0, szerokokątny aparat i wymienialna bateria. No dobrze, wiecie już czemu wybrałem tak, a nie inaczej. Pora na właściwą recenzję.

Wygląd, ekran i modułowość

Niektórzy mogą powiedzieć, że G5 jest brzydki. Ja tak nie uważam – według mnie wygląda całkiem w porządku, i jest to miła odmiana po podobnych do siebie telefonach Samsunga. Z przodu oczywiście znajduje się ekran. Specyfikacje: IPS, 5,3 cala, rozdzielczość 1440×2560 pikseli, gęstość 554 PPI. Po przesiadce z ekranu „tylko” Full HD (choć fizycznie większego) raczej nie zauważyłem różnicy w ostrości obrazu, ale przy tak dużej gęstości próżno szukać pojedynczych pikseli. Kąty widzenia i jakość obrazu na plus. Ekran LG G5 nie wyświetla takich cukierkowych kolorów jak Super AMOLED-y tylko stara się wiernie oddawać barwy, i mnie się to podoba.

Oprócz ekranu przód to standard. Głośnik do rozmów, przedni aparat, dioda powiadomień, czujnik światła i czujnik zbliżeniowy. Nie ma tu przycisków fizycznych – LG G5 korzysta z przycisków na ekranie. Na dole znajdziemy głośnik multimedialny, mikrofon i port USB typu C, który wyróżnia się tym, że jest dwustronny, więc po ciemku nie trzeba zgadywać którą stroną wetknąć wtyczkę – w przeciwieństwie do normalnych portów USB, które mają tajemnicze właściwości. Złącze USB typu C nie jest jeszcze szczególnie popularne, więc na imprezy polecam zabierać własny kabel.

Dół urządzenia można zdjąć i wymienić baterię (tak, LG G5 to jedyny obecny flagowiec w którym da się wymienić baterię) lub moduł. No właśnie – moduły. Modułowość miała być główną cechą LG G5, a okazała się jedynie mało znaczącą ciekawostką. Dostępnych modułów jest tyle co kot napłakał i nie wyróżniają się one niczym szczególnym. Ja w zestawie otrzymałem moduł LG CAM Plus, ale jeszcze nie miałem okazji go testować.

Z tyłu urządzenia znajdują się dwa aparaty (o nich powiemy sobie później) i przycisk blokady ekranu z wbudowanym skanerem linii papilarnych do którego wystarczy przyłożyć palec aby go aktywować. Działa on sprawnie, choć zdarza mu się nie rozpoznać odcisku palca. Jego umiejscowienie sprawia, że nie można odblokować telefonu nie podnosząc go, ale LG o tym pomyślało i dodało funkcję blokowania i odblokowywania urządzenia przez dwukrotne stuknięcie w ekran.

Po lewej stronie mamy przyciski do regulacji głośności i mało atrakcyjnie wkomponowany przycisk zwalniający moduł. Po prawej stronie jest tylko tacka na kartę SIM (telefon korzysta z kart nano SIM, więc czekała mnie wymiana karty u operatora) i kartę MicroSD o pojemności aż do 2000 GB.

Na górnej krawędzi znajdziemy gniazdo słuchawkowe i nadajnik podczerwieni umożliwiający sterowanie innymi urządzeniami. Mała rzecz, a dzięki niemu powiedzenie „kto ma zmieniarkę, ten ma władzę” traci na znaczeniu.

System

Jak na flagowca przystało, LG G5 ma topowe podzespoły: czterordzeniowy, 64-bitowy procesor Qualcomm Snapdragon 820 o taktowaniu 2,2 GHz, układ graficzny Adreno 530 i 4 GB pamięci RAM. W Antutu zestaw ten osiąga około 150 000 punktów, miażdżąc wydajnościowo mój poprzedni telefon, który zresztą jest byłym flagowcem. Sami zobaczcie:

Pojemność pamięci wewnętrznej LG G5 wynosi 32 GB (oczywiście użytkownik ma do dyspozycji nieco mniej). Gdyby to komuś nie wystarczyło, można rozszerzyć dostępną przestrzeń kartą MicroSD. Domyślnie w urządzeniu jest zainstalowany system Android 6.0.1, ale jest dostępna aktualizacja do wersji 7.0. Polecam ją pobrać, bo dodaje ona m.in. możliwość pracy na dwóch aplikacjach naraz. Domyślny launcher LG G5 jest pozbawiony spisu aplikacji (tzn. wszystkie aplikacje są na pulpitach głównych, jak w iPhone’ach), ale w sklepie LG dostępny jest „tradycyjny” launcher. W urządzeniu domyślnie zainstalowany jest zestaw aplikacji Google, co mało mi się podoba, bo nie można ich odinstalować jeśli nie zrootujemy telefonu. W ramach rekompensaty dostajemy jednak 100 GB miejsca na Dysku Google na dwa lata – całkiem miły prezent.

Aparat

Już na wstępie powiem, że LG G5 ma jeden z najlepszych aparatów dostępnych w smartfonach i tylko aparaty pozostałych aktualnych flagowców mogą z nim konkurować. Podobno w gorszych warunkach oświetleniowych radzi sobie gorzej niż aparat w Galaxy S7, ale mnie to za bardzo nie przeszkadza. Główny aparat ma 16 megapikseli i przysłonę f/1.8. Jest też wsparty laserowym autofokusem. Wisienką na torcie jest jednak drugi, szerokokątny aparat o kącie widzenia 135 stopni. Ma on „tylko” 8 megapikseli i przysłonę f/2.4. Niestety rejestruje on nieco mniej szczegółów niż główny aparat, ale mimo to zrobione nim zdjęcia są naprawdę niesamowite. Selfiaki będziemy cykać aparatem o rozdzielczości 8 megapikseli i przysłonie f/2.0. Używając tego aparatu można włączyć białe doświetlenie ekranu i wyciągnąć podniesioną dłoń i zacisnąć ją w pięść aby aktywować 3-sekundowy samowyzwalacz. Szybkie dwukrotne zaciśnięcie dłoni w pięść spowoduje zrobienie serii czterech zdjęć.

Aparat w LG G5 ma coś co powinno być wszędzie, czyli tryb manualny. Można w nim ręcznie ustawić balans bieli, ostrość, korektę ekspozycji, ISO (w zakresie od 50 do 3200) i czas otwarcia migawki (od 1/3200 sekundy do 30 sekund), a także zablokować ekspozycję. Szkoda, że brakuje trybu manualnego podczas nagrywania filmów, ale ta funkcjonalność najwyraźniej jest zarezerwowana dla urządzeń LG V10 i V20. Możliwy jest także zapis fotek w formacie RAW (czyli takim, który zajmuję tonę miejsca, ale umożliwia zaawansowaną obróbkę).

Nie ma niestety możliwości wyboru rozdzielczości zdjęcia – możemy jedynie wybrać proporcje (16:9. 4:3 i 1:1) Filmy nakręcimy w 4K, 1080p (opcjonalnie z szybkością 60 kl./s) i 720p. LG G5 jest wyposażony w optyczną stabilizację obrazu. Dla filmów można włączyć tryb Steady, który jeszcze bardziej ogranicza drgania kosztem zmniejszonego pola widzenia. Aplikacja aparatu zawiera dodatkowo ciekawe tryby: popout (obraz z głównego aparatu na tle obrazu z aparatu szerokokątnego), multi-view (ekran podzielony na części z dowolnymi kombinacjami aparatów) i Snap (tryb umożliwiający pauzowanie nagrywania przez puszczenie przycisku). Znajdziemy również kilka standardowych trybów – panoramę, slow motion w wersji nie dla leniwych (smartfon kręci film 720p z prędkością 120 kl./s i trzeba go spowolnić ręcznie w edytorze wideo) oraz timelapse. Do dyspozycji mamy też kilka filtrów, ale bądźmy szczerzy – od filtrów jest Instagram.

Oto przykłady zdjęć zrobionych tym smartfonem:

Na początek oczywiście zdjęcie kota. Bo jak inaczej?
« 1 z 7 »

Tutaj zaś mamy przykładowy film nakręcony w 4K:

Bateria i always-on display

Bateria w LG G5 ma 2800 mAh. Niby mało (wystarczy mi to na nie dłużej niż dzień pracy), ale wada ta jest rekompensowana obsługą szybkiego ładowania. W zestawie znajduje się nawet odpowiednia ładowarka.

Smartfon zawiera też pożyczony od Samsunga tryb always-on display. Wyświetla on datę, godzinę i ikony powiadomień na wygaszonym ekranie. Nie jest tak konfigurowalny jak w telefonach Samsunga (można co najwyżej zastąpić godzinę dowolnym napisem), ale wyświetla powiadomienia z większej liczby aplikacji. Do tego nie obciąża mocno baterii.

Cena

LG G5 można kupić w okolicach 2000 zł, czyli tyle samo co Galaxy S7 32 GB. Według mnie jest to uczciwa cena. Pamiętajcie tylko aby nie pomylić G5 z tańszym modelem G5 SE, który ma nieco słabsze podzespoły i tylko 3 GB RAM. Numer modelu „właściwego” LG G5 to H850.

Podsumowanie

LG G5 to według mnie bardzo niedoceniany smartfon. Może modułowość okazała się tu niewypałem, ale jest to flagowiec pełną gębą – świetna wydajność, świetne multimedia i świetne aparaty. Oczywiście polecam.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Recenzja prezentów świątecznych 2016

Tegoroczne Święta już minęły i znowu trzeba czekać rok na kolejne. No cóż. W każdym razie dzisiaj pochwalę się co tam Mikołaj mi przyniósł pod choinkę i zrobię to w formie minirecenzji. Zaczynamy.

Smartphone Projector 2.0

Ostatnio nawet popularny gadżet. Jest to projektor na smartfona wykonany z kartonu z ładnymi grafikami imitującymi normalny projektor. Wkładasz smartfona, a projektor rzutuje wyświetlany obraz na ścianę. Jakość wykonania jest nawet niezła. Producent podaje, że zestaw jest już złożony, co nie do końca jest prawdą, bo trzeba jeszcze złożyć soczewkę i obiektyw. Aby to zrobić, należy wcisnąć soczewkę w obiektyw, a następnie wsunąć obiektyw w szczelinę w obudowie i założyć na niego dwa gumowe pierścienie ograniczające zakres jego ruchów, co wcale nie jest takie łatwe (powodzenia przy zakładaniu pierścienia w wewnętrznej części projektora, zwłaszcza jeśli macie duże dłonie). W zestawie znajduje się antypoślizgowa podkładka dzięki której smartfon trzyma się w jedym miejscu.

A jak ten projektor sprawuje się w praktyce? Po pierwsze trzeba ustawić maksymalną jasność ekranu (co, jak wiadomo, dobrze służy czasowi pracy na baterii 😛 ) i ściągnąć aplikację wymuszającą odpowiednią orientację ekranu, ponieważ soczewka odwraca obraz. Aplikacja na Androida proponowana przez producenta to darmowa 7-dniowa wersja próbna, ale jeśli Wam bardzo szkoda tych 11 złotych na pełną wersję, zawsze można zresetować okres próbny czyszcząc dane aplikacji. Maksymalna odległość projektora od ściany podana przez producenta i potwierdzona przeze mnie wynosi około jednego metra, a sam obraz jest średnio widoczny (choć może to wynikać z tego, że moja ściana jest jasnozielona, a nie biała), przez co jest to raczej zabawka niż zamiennik dla normalnego projektora. Rezultaty mogą być jednak różne w zależności od tego jaki macie smartfon. To nie jest zły sprzęt, ale cena 100 zł jest według mnie nieco przesadzona.

Klawiatura i mysz Cooler Master Masterkeys Lite L

Jest to jeden z prezentów, który zażyczyłem sobie od Mikołaja. Już od jakiegoś czasu chciałem mieć podświetlaną klawiaturę i mysz, no i mam! Cooler Master Masterkeys Lite L to zestaw składający się z klawiatury i myszy z podświetleniem RGB, przez co nie jest to najtańszy zestaw (kosztuje grubo ponad 200 zł), ale inne takie zestawy oferujące bardziej zaawansowane funkcje potrafią być sporo droższe. Jest to zestaw zarówno dla gracza jak i do typowej pracy biurowej. Nie jest do niego dołączone oprogramowanie – podświetlenie reguluje się przy użyciu kombinacji przycisków.

Zacznijmy od klawiatury. Pierwsze co zauważyłem to fakt, że klawiatura ta jest dość ciężka. To w sumie dobrze, bo dzięki temu nie rusza się na wszystkie strony podczas pisania. Klawisze są kompatybilne z przełącznikami Cherry MX, więc można wymienić je na inne (na przykład w innym kolorze). Klawiatura jest wykonana w technologii Mem-chanical, która ma imitować wrażenia podczas pisania na klawiaturze mechanicznej. Według mnie sprawdza się to całkiem nieźle i pisaniu towarzyszy przyjemny klik. Do wyboru mamy aż 8 trybów podświetlenia, a każdy można niemal dowolnie dopasować do swoich potrzeb. Dość irytującą wadą (może to jednak być tylko problem z moim egzemplarzem) jest to, że kombinacje klawiszy do regulacji i zmiany podświetlenia działają jak chcą i czasami ich stosowanie nie daje żadnego efektu. Oprócz skrótów multimedialnych do sterowania muzyką i zmiany głośności klawiatura posiada też przydatne skróty umożliwiające zmianę prędkości wprowadzania znaków oraz zablokowanie klawisza Start lub całej klawiatury. Producent podaje także, że klawiatura jest odporna na zachlapania, więc przypadkowe rozlanie herbaty czy innego trunku nie powinno jej zaszkodzić. Nie mylcie jednak odporności na zachlapania z wodoodpornością i nie myjcie jej pod kranem razem z naczyniami, bo tego może nie przetrwać.

Teraz mysz. Jest to dość standardowa mysz optyczna, która oprócz normalnego zestawu w postaci dwóch przycisków i rolki posiada przycisk do zmiany DPI i dwa dodatkowe przyciski na lewym boku. Dostępne wartości DPI to 500, 1000, 2000 i 3500. Wybór każdego z tych poziomów jest sygnalizowany miganiem podświetlenia w określonym kolorze (odpowiednio czerwonym, niebieskim, fioletowym i białym), dzięki czemu poziom DPI nie jest wybierany na ślepo. Jeśli chodzi o podświetlenie, dostępne są dwa tryby – stały (z dziewięcioma kolorami do wyboru) i „tęczowy” (z możliwością ustawienia trzech prędkości).

Ogólnie jestem z tego zestawu zadowolony. Jeśli chcielibyście mieć fajną podświetlaną klawiaturę i mysz, a nie zależy Wam na wodotryskach typu makra, mogę go z czystym sumieniem polecić.

Prezent niegadżetowy

Trzeci prezent już nie jest gadżetem, a jest to torba. Jakoś bardziej wolę torby niż plecaki i ktoś postanowił mnie obdarować czymś lepszym niż torby rozdawane przez Orange. Ponieważ nie jest to blog o modzie, recenzji niestety nie będzie. Jeśli Was ciekawi co to za torba, tu macie odpowiedź.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Recenzja pada do smartfonów Modecom Volcano Flare

Gry na smartfony to fajne zabijacze czasu, ale tylko gdy da się w nie grać jednym palcem. Gdy jest więcej przycisków i trzeba operować paroma palcami naraz, granie staje się mniej więcej tak wygodne jak jedzenie zupy widelcem. Na szczęście można ten problem obejść dzięki obsłudze zewnętrznych kontrolerów takich jak Modecom Volcano Flare o którym sobie dziś opowiemy.

Jak widać na zdjęciu powyżej, pad przychodzi do nas w całkiem niezłym opakowaniu. Volcano Flare z wyglądu trochę przypomina pada od Xboksa 360 – a właściwie to wygląda niemal identycznie jak pad od Xboksa 360. Jakość wykonania stoi na przyzwoitym poziomie. W sumie mogę przyczepić się tylko do mało wygodnego krzyżaka kierunkowego (choć w dzisiejszych czasach rolę krzyżaka do poruszania postacią w grze przejmuje raczej lewa gałka analogowa) i do zbyt głęboko osadzonych przycisków multimedialnych, które po prostu trzeba wciskać paznokciem. Pad jest wyposażony w uchwyt na smartfona, który nie chwyta go z jakąś ogromną siłą, ale na tyle pewnie żeby nie doszło nagle do kolizji naszego smartfona z podłogą. W uchwycie tym można zamontować urządzenie o przekątnej ekranu do 6 cali. Dla posiadaczy większych urządzeń (tzn. tabletów) Modecom przygotował inny model o nazwie Volcano Flame. Pewnym problemem może być fakt, że pad nie jest specjalnie dociążony, więc jeśli się go odłoży, waga zamocowanego w uchwycie smartfona po prostu go przewróci.

Modecom Volcano Flare komunikuje się ze smartfonem przez Bluetooth, a jego bateria według producenta wystarczy aż na 15 godzin zabawy, zaś jej naładowanie od zera do pełna trwa około trzech godzin. Pad działa bezprzewodowo, więc gry reagują na jego polecenia z niewielkim opóźnieniem, które jednak nie przeszkadza za bardzo w rozgrywce. Kupując taki pad należy pamiętać, że nie każda gra obsługuje zewnętrzne kontrolery (fanów stawiania klocków z radością informuję, że Minecraft Pocket Edition jest jedną z gier, które takie pady obsługuje). Jeśli mamy zrootowane urządzenie, można sobie z tym poradzić ściągając aplikację do mapowania przycisków na kontrolerze do poleceń na ekranie dotykowym, ale niestety jeszcze nie znalazłem aplikacji tego typu, która działa bezbłędnie.

Za pada Modecom Volcano Flare należy zapłacić gdzieś tak od 170 do 200 zł (model Volcano Flame przystosowany do tabletów jest nieco droższy). Ja swojego pada zdobyłem na Allegro za 169 zł z darmową wysyłką. Uważam, że to całkiem fajny sprzęt i naprawdę nieźle się nada żeby się czymś zająć na przykład w podróży. Ponieważ pad jest bezprzewodowy, smartfona można bez problemu podłączyć do źródła zasilania, a jeśli chodzi o samego pada, 15 godzin działania na baterii powinno wystarczyć do większości zastosowań. A jeśli mamy ochotę na coś w stylu retro, można ściągnąć na przykład emulator NES-a i pograć w Super Mario Bros. (uprzedzając pytania, emulatory są legalne, ale ROM-y komercyjnych gier nie za bardzo i nie pomogę Ci w ich zdobyciu. Coś Ci jednak podpowiem – na Game Jolt od jakiegoś czasu można dostać legalne ROM-y typu homebrew). Pada Modecom Volcano Flare mogę śmiało polecić każdemu fanowi mobilnego grania.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Recenzja aparatu fotograficznego Canon PowerShot G7 X

Canon PowerShot G7 X to aparat fotograficzny z gatunku zaawansowanych kompaktów o dużej, 1-calowej matrycy i szerokiej przysłonie 1,8, stanowiący konkurencję dla serii urządzeń RX100 od Sony. Według wysoce dokładnego urządzenia pomiarowego znanego jako elektroniczna waga kuchenna urządzenie z baterią i kartą pamięci waży 176 g. Dla mnie to jak najbardziej zaleta, bo lubię jak sprzęt jest wyczuwalny w dłoni. Aparat jest wykonany bardzo dobrze. Spora jego część jest chropowata, co zapewne ma poprawiać chwyt, ale sprawia, że z bliska aparat wygląda jakby był ochlapany jakąś cieczą, co według mnie nadaje mu ciekawego wyglądu.

Budowa

Z przodu urządzenia znajdziemy oczywiście obiektyw i diodę, która doświetla obraz aby pomóc w ustawieniu ostrości. Obiektyw jest wyposażony w obrotowy pierścień służący do regulowania różnych ustawień. Pierścień ten posiada jednak jedną istotną wadę – jego obracaniu towarzyszy słyszalne klikanie.

Na tylnej ściance umieszczono gumowane oparcie na kciuk, przyciski funkcyjne wraz z kolejnym obrotowym pierścieniem i 3-calowy ekran LCD. Telewizorek ten oprócz dobrych kątów widzenia posiada dwie cechy o których warto wspomnieć. Po pierwsze, jest dotykowy – można po nim smyrać palcem aby łatwo ustawić na jakim obiekcie aparat ma ustawić ostrość i poruszać się po menu. Po drugie, jest odchylany – można go obrócić o 180 stopni, dzięki czemu aparat nieźle nadaje się do strzelania selfiaków. Wizjera niestety nie ma.

Na górze aparatu mamy chowaną lampę błyskową, głośnik, stereofoniczny mikrofon, przycisk zasilania, spust migawki z przełącznikiem do regulowania zoomu i dwa pokrętła – wewnętrzne do wyboru trybu pracy i zewnętrzne do korekty ekspozycji (w zakresie od -3 do +3).

Po lewej stronie znajduje się jedynie przełącznik wysuwający lampę błyskową i jeden z dwóch zaczepów na pasek.

Na dole znajdziemy moduł NFC (do którego można przyłożyć smartfona aby pobrać aplikację do obsługi aparatu), gwint statywowy i klapkę pod baterię i kartę pamięci.

Z prawej strony aparatu mamy przycisk uruchamiający moduł Wi-Fi do połączenia aparatu ze smartfonem, zaślepkę pod którą znajdziemy porty Mini USB i Micro HDMI oraz drugi zaczep na pasek.

Funkcje

Jak każdy dobry zaawansowany aparat, G7 X posiada tryby manualne oraz możliwość ręcznego ostrzenia i zapisywania zdjęć w formacie RAW. Przysłonę można regulować w zakresie od 1,8 do 11, ISO w zakresie od 125 do 12800, a czas otwarcia migawki w zakresie od 1/2000 sekundy do 15 sekund w trybie preselekcji czasu lub aż 250 sekund w pełnym trybie manualnym.

Rozdzielczość matrycy wynosi 20,2 megapiksela. Niestety nie ma możliwości bezpośredniego wyboru rozdzielczości zdjęcia – zmienić można rozmiar i proporcje (do wyboru mamy 16:9, 3:2, 4:3, 1:1 i 4:5). Dostępne rozdzielczości filmów to VGA (640×480), 720p i 1080p. Aparat kręci filmy z prędkością 30 kl./s, a dla 1080p dostępna jest także prędkość 60 kl./s. Nie ma możliwości kręcenia filmów slow motion, ale nie można mieć wszystkiego. Bardzo fajnym bajerem jest tryb manualny podczas kręcenia filmów dzięki któremu możemy bawić się przysłoną, ISO (które w tym trybie jest ograniczone do 3200) i czasem otwarcia migawki, a także zablokować ekspozycję nawet podczas nagrywania. Niestety w tym trybie albo nie ma możliwości ręcznego ostrzenia albo nie wiem jak to działa – według instrukcji w tym trybie opcja MF służy do blokowania ostrości. Pozostaje jedynie autofokus i dotykanie na ekranie na czym chcemy ostrzyć.

Aparat jest wyposażony w 4,2-krotny zoom optyczny, który można podwoić do 8,4 dzięki ZoomPlus (tak Canon nazywa zoom cyfrowy przy którym jeszcze nie wyłażą piksele). Może to niedużo, ale takie powiększenie powinno wystarczyć do zastosowań amatorskich. Poza tym za duży zoom płaci się gorszą jakością obrazu. Wadą może być fakt, że podczas kręcenia filmów zoom pracuje, że tak powiem, oszczędnie (niczym Gruby z Team Fortress 2). Nieco szybciej (ale też trochę powoli) trwa ostrzenie obrazu. Na pochwałę zasługuje za to czas uruchomienia aparatu – trwa to mniej niż sekundę.

Jakość zdjęć i filmów

Powiem krótko – jest bardzo dobrze (po cenie tego aparatu trudno się dziwić). Niektórzy nawet twierdzą, że ten aparat robi zdjęcia o jakości porównywalnej z lustrzanką. Zresztą zobaczcie sobie przykładowe fotki (wszystkie robione w trybie auto):

Kot.
« 1 z 14 »

No i oczywiście przykładowy film:

Łączność ze smartfonem

Jeśli czytaliście uważnie, wiecie już, że ten aparat potrafi się łączyć się ze smartfonem przez Wi-Fi. Możliwe jest utworzenie hotspotu przez sam aparat lub połączenie się przez istniejącą już sieć. Nie byłem w stanie połączyć się z aparatem bezpośrednio i musiałem skorzystać ze swojej domowej sieci Wi-Fi. Przy pomocy odpowiedniej aplikacji możemy zgrać zdjęcia i filmy z aparatu na telefon (należy przy tym zaznaczyć, że aplikacja zmniejsza przy tym rozdzielczość, co można wyłączyć dla zdjęć, ale niestety nie dla filmów) oraz zdalnie sterować aparatem. Aparat nie ma wbudowanego modułu GPS, ale aplikacja umożliwia także geotagowanie zdjęć z użyciem modułu GPS w telefonie.

Bateria

W recenzji kamerki Overmax Activecam 3.3 pisałem, że nie ma dedykowanej ładowarki i że baterię trzeba ładować bezpośrednio w urządzeniu. W przypadku aparatu G7 X jest odwrotnie – jest dedykowana ładowarka, ale nie można ładować baterii w urządzeniu. Według producenta bateria na jednym ładowaniu wystarczy na wykonanie około 210 zdjęć. Mnie aparat rozładował się szybciej, ale było to pierwsze ładowanie i nie bawiłem się opcjami takimi jak jasność ekranu. Mimo to 210 zdjęć to nie jest jakiś specjalnie niesamowity wynik, więc zakup dodatkowej baterii nie będzie złym pomysłem.

Podsumowanie

Aparat Canon PowerShot G7 X można kupić za około 2100 zł lub nieco mniej jeśli się dobrze poszuka. Nie jest to tani sprzęt, ale z pewnością jest warty swojej ceny. Choć aparat ten nie jest bez wad (ale w sumie co jest?), ogólnie jestem z niego bardzo zadowolony. G7 X świetnie się nada zarówno do amatorskiego cykania jak i do nieco bardziej profesjonalnych zastosowań jako alternatywa dla ciężkiej lustrzanki. Polecam.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Recenzja kamerki sportowej Overmax Activecam 3.3

Niekwestionowanym liderem kamerek sportowych jest amerykańska firma GoPro. Sprzęt tej firmy jest jednak dość drogi. Czy istnieją jakieś tańsze alternatywy? Oczywiście! Jednym z przykładów jest kamerka Overmax Activecam 3.3.

Do zakupu kamerki zachęca głównie ogrom dołączonych akcesoriów. Tego jest naprawdę sporo – wodoszczelna obudowa (według producenta maksymalne zanurzenie wynosi 30 m), specjalna ramka umożliwiająca mocowanie akcesoriów bez konieczności stosowania wspomnianej obudowy, uchwyty na głowę i klatkę piersiową, uchwyt na rower, uchwyt na kask, boja wypornościowa (coby nam kamerka nie skończyła gdzieś na dnie jeziora), monopod (potocznie znany jako selfie stick), gwint do mocowania na statywie, pilot (niestety nie Bluetooth, a na podczerwień) i parę innych.

Obsługa tej kamerki jest średnio intuicyjna, ale można się szybko przyzwyczaić. Na górze urządzenia znajdują się dwa przyciski – włącznik będący jednocześnie przełącznikiem trybu pracy i przycisk OK służący również jako spust migawki. Na tylnej ściance znajduje się przycisk do otwierania i zamykania menu. Na prawej ściance zaś znajdziemy przycisk do poruszania się po menu (niestety tylko w dół). Gdy nie jest włączone żadne menu, przycisk ten przełącza Wi-Fi (co umożliwia zdalne sterowanie kamerką przy pomocy smartfona. Działa to całkiem nieźle, a opóźnienie podglądu obrazu z kamerki jest prawie żadne). Urządzenie ma polskie menu, ale domyślnie wybrany jest język angielski.

Kamerka posiada cztery tryby pracy. Pierwszym jest oczywiście kręcenie filmów. Filmy można kręcić w rozdzielczościach 720p (przy tej rozdzielczości można dodatkowo kręcić z szybkością 60 klatek na sekundę) i 1080p. Wybranie tej mniejszej rozdzielczości zmniejsza kąt widzenia kamerki, więc mam przeczucie, że jest to po prostu 1080p przycięte do 720p. A jak z jakością obrazu? Cóż, nie jest to jakość GoPro, ale nie jest źle. Nie miałem jeszcze okazji testować kamerki w nocy. Nie spodziewam się jednak cudów. Z dźwiękiem jest natomiast tak sobie. Nie pomaga fakt, że jakiś projektant zdecydował się umieścić mikrofon z tyłu urządzenia. Należy dodatkowo pamiętać, że wodoszczelna obudowa jeszcze bardziej wytłumi dźwięk, więc podwodne nagrania nie będą zbyt słyszalne.

Drugim trybem jest tryb rejestratora samochodowego. Tak, tę kamerkę można stosować także w taki sposób. W zestawie nawet znajduje się uchwyt na szybę i ładowarka samochodowa. W tym trybie filmy są dzielone na 3-minutowe pliki, a najstarsze pliki są nadpisywane jeśli na karcie pamięci skończy się miejsce. Możliwe jest również wyświetlenie daty i godziny na filmie (funkcja ta działa też w trybie kręcenia normalnych filmów).

Trzeci tryb to robienie zdjęć. Dostępne rozdzielczości to 3, 5, 8, 10 i 12 megapikseli. Zdjęcia wyglądają jak stopklatka z filmu kręconego przez kamerkę – nie wyglądają jak robione kartoflem, ale raczej nie zrobią furory na konkursach fotograficznych. Kamerka ma funkcję samowyzwalacza i zdjęć seryjnych.

Ostatnim trybem jest przeglądanie zdjęć i filmów z podziałem na materiały z każdego z pozostałych trzech trybów. W tym trybie można także kasować pliki (pojedynczo lub wszystkie naraz), a także włączyć ochronę przed przypadkowym usunięciem.

Nie sprawdzałem po jakim czasie bateria wyzionie ducha. W zestawie są aż dwie baterie o pojemności 1200 mAh. Niestety brakuje do nich dedykowanej ładowarki, więc nie ma możliwości podładowania nieużywanej baterii. Kolejnym minusem jest fakt, że kamerka nie wydaje się informować o tym, że ładowanie baterii zostało zakończone. Na szczęście można nagrywać gdy kamerka jest podłączona do źródła zasilania – chyba że jest to komputer. Przy okazji, naciśnięcie przycisku OK przełącza kamerkę między trybem dysku zewnętrznego a trybem kamerki internetowej.

Kamerka przechowuje materiały na karcie MicroSD i obsługuje karty o pojemności do 32 GB. Do zestawu nie jest dołączona karta, więc trzeba się w takową zaopatrzyć osobno. Minuta filmu o rozdzielczości 1080p zajmuje trochę poniżej 100 MB.

Na koniec kilka zdjęć zrobionych kamerką:

« 1 z 4 »

No i film:

Czy mogę polecić tę kamerkę? Jeśli nie stać Cię na GoPro, to raczej tak. Wprawdzie nie jest to sprzęt idealny, ale oferuje całkiem niezłą jakość obrazu, a dodatkowo na jej korzyść przemawia liczba dołączonych akcesoriów. Naprawdę nieźle się sprawdzi jeśli potrzebujesz kamerki sportowej, a nie masz ochoty wydawać na nią fortuny. Kamerkę Overmax Activecam 3.3 można dostać w okolicach 400 zł. Niektórzy podobno kupują tę kamerkę po to aby potem posprzedawać akcesoria. Cwaniaczki. 😛

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!