COVID-19 jest testem dla ludzkości – i niestety go oblaliśmy

Mem ze Stevenem Crowderem i planszą z napisem „Zasłużyliśmy na tę pandemię – change my mind” (ang. zmień moje zdanie)

Ten tekst pierwotnie napisałem na swoim profilu na Facebooku na przełomie 18 i 19 października, ale pomyślałem, że warto wstawić go również tutaj.


Zaczynam mieć tego wszystkiego dość.

W Polsce mamy teraz po kilka tysięcy nowych przypadków COVID-19 dziennie i prawie codziennie osiągamy nowe rekordy. W ciągu najbliższych kilku dni niemal na pewno pokonamy barierę 10 tysięcy nowych przypadków dziennie Liczbę 10 000 nowych przypadków przekroczyliśmy 22 października osiągając ich 12 107.

Jako ludzkość powinniśmy działać razem i starać powstrzymać się rozprzestrzenianie wirusa, ale niestety wielu z nas jest egoistami i myśli tylko o sobie. Narzekamy, że metody walki z pandemią naruszają nasze prawa, ale zapominamy, że życie w społeczeństwie to nie tylko prawa, ale i obowiązki i odpowiedzialność. Uważamy, że problem nie istnieje, ponieważ ani my ani nasi bliscy nie są zarażeni, a tymczasem zdarza się, że ludzie umierają, bo nie ma dla nich miejsc w szpitalach.

Dodatkowo pandemię napędzają różne idiotyczne teorie spiskowe o spisku rządu, lekarzy i koncernów farmaceutycznych, 5G, Billu Gatesie i mikrochipach w szczepionkach. Przyznaję, że w rządzie przekręty i niekompetencja to żadna nowość, ale praktycznie żaden rząd nie jest na tyle głupi żeby niszczyć sobie gospodarkę bez powodu. Osoby wierzące w teorie spiskowe nie powołują się na dowody tylko na posty na jakichś dziwnych blogach i filmy pseudodokumentalne z żółtymi napisami na YouTube, a cherry-picking nie jest im obcy. Mówią „myśl samodzielnie!”, a sami łykają każdą teorię spiskową jak pelikany i bezmyślnie kopiują je jak jakieś papugi nawet przez chwilę nie zastanawiając się czy coś z tymi teoriami może być nie tak. Równie dobrze mogliby sobie kupić klawiatury na których są tylko klawisze Ctrl, C i V.

W zeszłych latach nie przypuszczałem jak wielką aferę można zrobić o kawałek tkaniny – mowa tu oczywiście o maseczkach. Wielu z nas kombinuje jak może żeby tylko nie musiało założyć „kagańca”. Pewnie znaleźliby się nawet tacy, którzy woleliby 5 lat tortur niż 5 minut noszenia maseczki. Zadaniem maseczki jest przede wszystkim chronienie przed zakażeniem innych osób przez nas (co jest szczególnie ważne jeśli przechodzimy chorobę bezobjawowo lub jeszcze nie mamy objawów), ale istnieje też hipoteza, że maseczka ograniczając ilość docierającego do nas wirusa może sprawić, że przejdziemy chorobę łagodniej. Owszem, maseczki nie są idealne – dlatego ważne są też częste mycie lub dezynfekcja rąk i zachowanie dystansu społecznego.

Ponadto wielu z nas zamiast ekspertów słucha celebrytów bez kwalifikacji medycznych oraz Grażyn i Sebiksów z Facebooka, którzy padli ofiarą efektu Dunninga-Krugera i uważają, że kilka minut przeglądania Google i YouTube’a daje większą wiedzę niż kilka lat studiów medycznych. Normalni ludzie mając zepsuty samochód idą do mechanika, a potrzebując porady prawnej idą do prawnika. Jeśli więc potrzebujemy porady medycznej, powinniśmy pójść do lekarza, a nie do fryzjerki. Oczywiście zdarza się, że eksperci się mylą, ale prawdziwi eksperci przyznają się do swoich błędów i uczą się na nich, a nie rzucają wyzwyskami i nie blokują na mediach społecznościowych gdy ktoś ośmieli się ich skrytykować.

Krótko mówiąc, powinniśmy walczyć z pandemią, a zamiast tego ułatwiamy jej zadanie. Jak powiedział Dawid Ciemięga, w tym roku wiele osób oblało egzamin z człowieczeństwa.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Uroki kupowania smartfonów na AliExpress, czyli chińska podróbka Huawei P40 Pro+

10 minut z tym szrotem wystarcza żeby odświeżyć sobie słownik przekleństw, a po kolejnych dziesięciu nauczycie się je wszystkie łączyć jeszcze na różne kreatywne sposoby.

Paweł Warzecha z kanału Mobzilla o recenzowanym przez siebie Goophonie 7 Plus – chińskiej podróbce iPhone’a 7 Plus

Do napisania tego postu skłoniło mnie kupienie przez narzeczonego mojej ciotki dla niej smartfona z AliExpress. 500 złotych po ponad 90-procentowej zniżce. Prawdziwa okazja, prawda? Miałem przyjemność konfigurować tego smartfona dla ciotki, więc podzielę się swoimi wrażeniami.

Nie muszę chyba mówić, że chyba jedyne co ten telefon ma choć trochę wspólnego z P40 Pro+ to wygląd. Są jednak pewne różnice – na przykład kroplowate wcięcie na aparat zamiast dwóch obiektywów w górnym lewym rogu ekranu i obecność gniazda słuchawkowego, którego prawdziwy P40 Pro+ nie ma. Ekran to zdecydowanie nie OLED jak w P40 Pro+, a rozdzielczość też jest niższa. Telefon obsługuje normalne karty MicroSD zamiast niestandardowych kart Nano Memory od Huaweia, które są zdecydowanie droższe od kart MicroSD, więc to na plus. Ku mojemu zaskoczeniu, podróbka ta ma gniazdo USB typu C. Więc kolejny plus.

Specyfikacja na oko wygląda ciekawie – 10-rdzeniowy procesor, 12 GB RAM-u, 512 GB miejsca na pliki i bateria 5000 mAh. To oczywiście kłamstwa – według aplikacji do testów procesor ma 4 rdzenie, a nie 10, użytkownik tak naprawdę ma do dyspozycji tylko 12 GB miejsca na pliki, a reszta jest zarezerwowana przez system, zaś bateria jak na 5000 mAh rozładowuje się zdecydowanie za szybko – bateria mojego Mi 9T Pro ma 4000 mAh i nie ma większego problemu żebym mógł ładować go co 2 dni. Nie wiem jak z RAM-em, ale według mnie na pewno nie ma 12 GB. W każdym razie aplikacje instalują się około minutę. W AnTuTu telefon zdobył tylko około 32 tysiące punktów z jakiegoś powodu kompletnie pomijając przy tym testy grafiki 3D.

Z tyłu tak jak w P40 Pro+ jest 5 aparatów, ale tylko jeden jest prawdziwy, a cała reszta to atrapy. Jeśli chodzi o aplikację aparatu, zamiast rozbudowanej aplikacji Huaweia dostajemy najzwyklejszą ubogą w funkcje androidową aplikację. Zdjęcia są przeciętnej jakości – nie jest źle, ale zdecydowanie nie jest to poziom aparatów we flagowcach. Telefon niby ma robić zdjęcia 32-megapikselowe, ale ich rzeczywista rozdzielczość wskazuje na 8 megapikseli. Filmy są nagrywane w 720p.

Do zestawu jest dołączona no-name’owa karta MicroSD o pojemności rzekomo 128 GB. Z czymś takim lepiej uważać, bo faktyczna pojemność prawdopodobnie jest znacznie mniejsza, a po jej przekroczeniu karta zacznie nadpisywać istniejące dane, co przełoży się na uszkodzenie znajdujących się już na niej plików.

Nie wiem jak będzie z tym telefonem, ale zdecydowanie nie polecam kupowania tego typu podróbek. W Polsce import takich podróbek jest średnio legalny, więc jeśli taki telefon zostanie zatrzymany w urzędzie celnym, to zostanie zniszczony, a na nas może zostać nałożona grzywna. Już lepiej dołożyć ze dwie stówy i kupić na przykład Redmi Note 8T.

Na koniec wspomnę jeszcze o Goophone’ach, czyli chińskich podróbkach iPhone’ów. Aby dowiedzieć się o nich więcej, polecam materiały Kuby Klawitera na YouTube i recenzję Pawła Warzechy z Mobzilli:

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!