Recenzja Xiaomi Mi Band 2

Źródło: https://www.morele.net/smartband-xiaomi-mi-band-2-black-oficjalna-dystrybucja-976255/

Pora na recenzję kolejnego gadżetu! Mi Band 2 to inteligentna opaska wyprodukowana przez chińską firmę Xiaomi. Co ta opaska robi? Pokazuje godzinę, liczy kroki, przebyty dystans i spalone kalorie, monitoruje sen, mierzy tętno przy użyciu wbudowanego pulsometru i pokazuje powiadomienia ze smartfona – czyli jest to taki smartwatch dla ubogich. Opaska ma certyfikat IP67 (tzn. po zanurzeniu na głębokość jednego metra na 30 minut nadal działa), więc można z nią spokojnie chodzić w deszczu, myć ręce czy brać prysznic. Nie wiem czy nadaje się do pływania, ale raczej nie radziłbym z nią nurkować. Według producenta działa przez 20 dni na jednym ładowaniu. Ja swoją naładowałem zaraz po otrzymaniu w piątek (4 dni temu) i wskaźnik naładowania baterii pokazuje obecnie 53%. Raczej nie osiągnę 20 dni przy moim użytkowaniu, ale i tak jest nieźle w porównaniu ze smartwatchami, które trzeba ładować co noc. Opaska ma niewielki monochromatyczny wyświetlacz i dotykowy przycisk, którego dotknięcie przełącza informacje pokazywane na wyświetlaczu.

Z moich testów wynika, że liczbę kroków należy traktować raczej z przymrużeniem oka, bo nie sądzę żebym od północy do rana zrobił ich prawie 400. Monitorowanie snu jest o tyle fajne, że dzieje się całkowicie automatycznie i działa całkiem sprawnie. Wyniki pomiarów pulsometrem są raczej prawidłowe, ale przypominam, że nie jest to sprzęt medyczny. Z połączeniem ze smartfonem (w moim przypadku LG G5) nie ma żadnych problemów. Do przesyłania powiadomień ze smartfona na opaskę używam aplikacji Tools & Mi Band (aplikacja ta jest płatna, ale jak kogoś stać na smartfona za kilkaset czy nawet tysiąc złotych, to tym bardziej stać go na aplikację za kilkanaście złotych). Notify & Fitness for Mi Band też jest fajna (i w odróżnieniu od poprzednio wymienionej aplikacji nie wymaga oficjalnej aplikacji Mi Fit), ale nie udało mi się jej zmusić do pokazywania tekstu przy powiadomieniach.

Za Mi Band 2 zapłaciłem w sklepie x-kom 129 zł. Pewnie w jakimś chińskim sklepie dostałbym ją taniej, ale to i tak dobra cena w porównaniu na przykład z Morele.net, które liczy sobie za tę opaskę 199 zł. Jest to całkiem fajna niedroga opaska dla osób uprawiających sport, ale gadżeciarzom takim jak ja też powinna się spodobać.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Podsumowanie wyjazdu do Centrum Nauki EXPERYMENT i Parku Oliwskiego

Pokaz odsalania wody w procesie odwróconej osmozy – jedno z wielu stanowisk w Centrum Nauki EXPERYMENT.

W środę 20 września mój warsztat terapii zajęciowej zorganizował nam wyjazd do Trójmiasta na zwiedzanie Centrum Nauki EXPERYMENT w Gdyni i Parku Oliwskiego w Gdańsku. Ponieważ nauka mnie kręci, ja też się tam wybrałem. I powiem, że było warto. W hali jest sporo stanowisk przy których można nauczyć się ciekawych rzeczy. Są także stanowiska elektroniczne takie jak symulator jazdy po pijaku, trening RKO i posługiwania się automatycznym defibrylatorem zewnętrznym, skaner mierzący nasz wzrost, wagę i parę innych parametrów, symulator dzwonienia na numer alarmowy 112 i inne. Jest tam także mogące „wywoływać silne emocje” stanowisko przy którym osoby obydwu płci mogą nauczyć się wyszukiwania zmian na piersiach (to jest dość ważne, bo ich wczesne wykrycie i zbadanie pozwala uchronić przed rakiem piersi). Część męskich czytelników, którzy pewnie już kupują bilet tylko dla tego stanowiska informuję, że badanie odbywa się nie na prawdziwych piersiach, tylko na sztucznym modelu. Mieliśmy także warsztat meteorologiczny (innymi słowy, gadaliśmy o pogodzie). Kupiłem też kilka pamiątek na które wydałem prawie całego Kazimierza III Wielkiego (tj. 50 zł).

Po przygodzie z nauką pojechaliśmy do Parku Oliwskiego. Ta część wycieczki była dla mnie nieco mniej interesująca, ale warto się tam wybrać, bo jest ładnie. Przed powrotem do domu pojechaliśmy jeszcze do McDonald’s w Tczewie na bardzo zdrowy posiłek w postaci kanapki McChicken (która na szczęście mi zasmakowała), dużej porcji frytek i dużej (0,5 l) coli. Potem każdy mógł sobie zamówić coś według własnych preferencji, ale ja byłem już najedzony.

Po wszystkim dotarliśmy bezpiecznie do domu. Było fajnie, ale na razie nie zapowiada się żadna kolejna wycieczka.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Podsumowanie wyjazdu do Szczecina i Berlina

Miejsce na pozytywne komentarze od gości hotelu w którym nocowałem. Sądząc po niemieckich wpisach i koreańskich robaczkach, nie tylko Polacy korzystają z usług tego hotelu.

W zeszłym tygodniu byłem na kolejnej wycieczce – tym razem w Szczecinie. Dlaczego? Mój kuzyn się ożenił, a jego wybranka mieszka właśnie w Szczecinie. A że miasto leży przy granicy z Niemcami, skorzystaliśmy z okazji i wyskoczyliśmy jeszcze na jeden dzień do Berlina.

Podróż z Kwidzyna do Szczecina była dość długa, ale nie tak długa jak autokarem do Końskowoli. Nie muszę chyba mówić, że nocą i w deszczu jedzie się tak sobie. Wyjechaliśmy w piątek po południu i dotarliśmy wieczorem. Nie zwiedzaliśmy Szczecina, ale z tego co widziałem, miasto to jest całkiem w porządku. Pewną ciekawostką jest fakt, że część sygnalizacji świetlnych ma liczniki, które pokazują za ile sekund zmienią się światła.

Obiektem w którym nocowaliśmy był hotel ibis budget przy ul. . Mimo słowa „budget” w nazwie hotel ten jest całkiem niezły (ma Wi-Fi, windę i drzwi do pokoi otwierane kartą). Słowo to odnosi się raczej do skromnego wyposażenia pokoi (skromnego, ale bez przesady – telewizory i łazienki na przykład są). Trochę tylko przeszkadzało jedno gniazdko elektryczne na cały pokój (dwa jeśli liczyć to w łazience).

W sobotę pojechaliśmy wynajętym autobusem na ślub do Krajnika Górnego (niewielkiej wsi blisko granicy z Niemcami. Co ciekawe, Krajnik Górny jest położony na południe od Krajnika Dolnego). Kierowca tego autobusu chyba nie bardzo wiedział co robi (sprawdzałem trochę Mapy Google i wynikło z tego, że pojechał jakąś dziwną trasą), więc się trochę spóźniliśmy, ale ksiądz był wyrozumiały i poczekał. Jak był ślub, to oczywiście musiało być też wesele (jeśli ktoś ze Szczecina to czyta i szuka lokalu na wesele, to na którym byłem odbyło się w Starym Folwarku w Ustowie. Według mnie bardzo fajny lokal). Jako introwertyk nie bardzo nadaję się na takie imprezy, ale nie było źle, choć około północy zaczynałem już mieć trochę dość. Niedziela to już tylko poprawiny.

Ampelmännchen – swego rodzaju maskotka wschodnich Niemiec.
Autor: Leigh984; źródło: https://www.flickr.com/photos/lsphotos/503779173; licencja: CC BY-NC-SA 2.0

W poniedziałek rano pojechaliśmy pociągiem do Berlina (a właściwie to dwoma pociągami, bo musieliśmy się przesiąść w Angermünde). Była to moja druga wizyta w Niemczech – pierwszą był wyjazd do Celle w liceum. Tutaj mała ciekawostka: część Niemiec przy wschodniej granicy wizualnie niemal niczym nie różni się od Polski. Na początku skorzystaliśmy z berlińskiego metra, które składa się z oszałamiającej wręcz liczby trzech stacji (korekta: z trzech stacji składa się tylko linia U55. Cała sieć berlińskiego metra jest dużo większa i składa się ze 173 stacji). Potem zwiedzaliśmy takie miejsca jak Brama Brandenburska czy salon Mercedesa gdzie można kupić Mercedesa klasy S za jedyne 132 113 euro (w momencie pisania tego postu będzie to 786 rent socjalnych z hakiem 😛 ). Berlin nawet mi się podoba. Można tu częściej niż w Polsce spotkać ludzi innych mniejszości etnicznych – czasem zobaczyliśmy jakichś Azjatów, a trochę rzadziej ludzi ciemnoskórych. Ciekawym elementem są charakterystyczne ludziki na sygnalizacjach świetlnych dla pieszych (widoczne na fotce wyżej). Znane są one jako Ampelmännchen. Istnieje nawet poświęcona im marka AMPELMANN.

Po skończonym zwiedzaniu wróciliśmy pociągiem z Berlina do Szczecina (tym razem bez przesiadek). Potem, już wieczorem, ruszyliśmy do domu. Podróż w drugą stronę aż tak się nie dłużyła. Do domu dotarliśmy po pierwszej w nocy. Byłem trochę zmęczony, ale zadowolony. Szkoda, że tego typu wyjazdy nie trafiają mi się częściej.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!