„Trudne sprawy” a polskie przepisy

Zastanawiam się skąd scenarzyści „Trudnych spraw” biorą informacje o obowiązujących przepisach. We wczorajszym odcinku matka próbowała zgłosić na policji zaginięcie córki. Cytuję wypowiedź policjanta:

Rozumiem pani zdenerwowanie, ale niestety nie możemy pani teraz pomóc. Muszą upłynąć przynajmniej 24 godziny abyśmy mogli rozpocząć poszukiwania.

Bzdura, bzdura i jeszcze raz bzdura. Nie ma i nigdy nie było przepisu, który mówi, że poszukiwanie zaginionej osoby można rozpocząć dopiero po 24 czy 48 godzinach. Ktoś tu chyba ogląda za dużo hollywoodzkich filmów. Ciekawscy mogą obejrzeć ten odcinek tutaj.

Innym ciekawym przykładem są odcinki typu „wiejskie plotki”, w których cała wieś przestaje odzywać się do rodziny, która rzekomo zrobiła coś strasznego. W tego typu odcinkach panie sprzedawczynie z różnych powodów nie sprzedają szynki niesłusznie oskarżonej rodzinie (bo na przykład ktoś już ją zamówił), ale innym sprzedają tę szynkę bez żadnego problemu albo oznajmiają, że „złodziejom nie sprzedaję”. Według artykułu 135 kodeksu wykroczeń za takie fochy wobec klientów grozi grzywna.

Art. 135. Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny.

Tak więc, gratuluję scenarzystom „Trudnych spraw” wybitnej (nie)znajomości polskich przepisów.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Uwaga na wypożyczalnię sprzętu wodnego we Wdzydzach Kiszewskich!

Krótki poradnik jak nie prowadzić wypożyczalni sprzętu wodnego:

  1. Dbaj o to aby sprzęt działał „na słowo honoru”. Nie sprawdzaj czy sprzęt jest faktycznie bezpieczny i nie zagraża klientowi.
  2. Nie dobieraj klientowi sprzętu i nie pomagaj go zwodować. Samoobsługa, drodzy państwo!
  3. Nie przejmuj się jeśli klient zarzuca Ci, że sprzęt nie jest bezpieczny – za ewentualne problemy winę ponosi klient, a nie Ty.
  4. Pamiętaj – to nie Ty jesteś odpowiedzialny za sprzęt!

Brzmi zabawnie, ale wypożyczalnia sprzętu wodnego we Wdzydzach Kiszewskich zdaje się kierować właśnie tym poradnikiem. Dzisiaj pojechaliśmy tam z rodziną. Wypożyczyłem z mamą rower wodny. Siostra i jej chłopak wypożyczyli kajak, a brat i jego dziewczyna wypożyczyli drugi rower wodny. W przypadku mojego rodzeństwa i ich drugich połówek nie było incydentów. Ja i mama mieliśmy mniej szczęścia. Gdy byliśmy dość daleko od brzegu, moja połowa roweru zaczęła zbierać wodę. Próbowaliśmy dopłynąć do brzegu, ale rower prawie stał w miejscu. Byliśmy niemal pewni, że rower w końcu się przewróci. Gdyby do tego doszło, jakoś byśmy sobie poradzili (oboje umiemy pływać i mieliśmy kamizelki ratunkowe), ale oboje mieliśmy ze sobą przedmioty, które nie najlepiej znoszą kontakt z wodą (m.in. telefony komórkowe). Na pomoc przybyła nam rodzina w innym, większym rowerze wodnym. Przesiadłem się na drugi rower aby odciążyć nasz (w trakcie mojej przesiadki wlało się jeszcze więcej wody) i doholowaliśmy mamę do brzegu. Na szczęście nie doszło do najgorszego i skończyło się na nerwach (a w moim przypadku dodatkowo na mokrych czterech literach i plecach). Nasz rower wyglądał tak:

Oczywiście mama zrobiła w wypożyczalni awanturę – i słusznie. Dopiero po jakimś czasie pojęli, że mogło dojść do tragedii. Skończyło się na tym, że nie wzięli od nas pieniędzy za wynajęcie sprzętu. Cóż, przynajmniej ruszyliśmy się z domu i przeżyliśmy przygodę (nieciekawą, ale jednak).

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Jak wytwórnie filmowe zachęcają do piractwa

Nie jestem zwolennikiem piractwa, ale wytwórnie filmowe wręcz zdają się zachęcać do piracenia ich filmów. W jaki sposób? Powiedzmy, że ktoś ściągnął film z Internetu i nagrał go na DVD. Procedura obejrzenia filmu wygląda tak:

  1. Włóż płytę do napędu.
  2. Obejrzyj film.

Jeśli jednak postąpimy uczciwie i kupimy/wypożyczymy film, procedura jest nieco bardziej skomplikowana:

  1. Włóż płytę do napędu.
  2. Przeczytaj informację o prawach autorskich.
  3. Obejrzyj zwiastun, którego nie da się pominąć (ale być może da się go przewinąć. Jeśli masz szczęście).
  4. Obejrzyj kolejny zwiastun, którego nie da się pominąć, choćbyś oglądał ten film już piąty raz.
  5. I jeszcze jeden.
  6. Obejrzyj jedną lub więcej reklam. Nie, ich też nie da się pominąć.
  7. Ujrzyj wreszcie menu (możliwe, że już nie jesteś pewien czy jeszcze chcesz obejrzeć ten film).
  8. Wybierz opcję „Play”.
  9. Przeczytaj kolejną informację o prawach autorskich (nosz kur… Przecież zapłaciłem za ten film!!!).
  10. I jeszcze jedną (jeśli wytwórnia była aż tak nadgorliwa).
  11. Obejrzyj loga producentów (do tego czasu pewnie już zjadłeś cały popcorn i wygazowała Ci się cola).
  12. Obejrzyj film lub stwierdź, że masz dosyć.

I wszystko jasne.

Kolejną sprawą są zabezpieczenia przed kopiowaniem, które dotyczą nie tylko filmów, ale także muzyki i oprogramowania komputerowego, w tym gier. W teorii mają one zwalczać piractwo. W teorii. W praktyce jednak takie zabezpieczenia doprowadzają płacących klientów do furii, podczas gdy piraci najzwyczajniej w świecie je obchodzą. Uczciwi ludzie robią kopie zapasowe materiałów cyfrowych aby zapobiec ich utracie (wiadomo przecież, że płyty, dyski twarde i inne nośniki nie są niezniszczalne i mają ograniczoną trwałość). Jeśli zabezpieczenia wejdą nam w drogę, a nasza płyta z ulubioną grą lub muzyką ulegnie uszkodzeniu, musimy ją kupić jeszcze raz. Kto lubi wydawać na coś pieniądze dwa razy? Na pewno nie ja. W przypadku gier komputerowych niestety zdarzają się takie absurdy jak gry jednoosobowe wymagające połączenia z Internetem. Innym ciekawym przykładem są gry Ubisoftu i jego znienawidzona platforma Uplay, która przy pierwszym uruchomieniu aktualizuje się milion razy, a z jej stabilnością bywa różnie. Najzabawniej jest z grami Ubisoftu na Steamie – po uruchomieniu gry na platformie Steam otwiera się Uplay, który następnie uruchamia grę przez Steama. Normalnie śmiać mi się chce. Na szczęście istnieją twórcy wydający swoje dzieła bez irytujących zabezpieczeń oraz strony takie jak GOG.com. Cieszy mnie to, że niektórym zależy na klientach, a nie tylko na kasie.

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!

Masowy ragequit klientów T-Mobile Usługi Bankowe

Jakiś czas temu zrobiłem przesiadkę z Banku Millennium do T-Mobile Usługi Bankowe aby uciec od opłat. Przeglądając Facebooka zauważyłem, że klienci tego drugiego banku się nieco wkurzyli. Powodem jest wprowadzona w zeszłym miesiącu opłata za kartę o astronomicznej wręcz wysokości 6 zł, pobierana jeśli w danym miesiącu nie wydamy używając tej karty minimum 200 zł. Straszna kwota. To nic, że te 6 złotych można odrobić przez godzinę pracy. Wiele osób zarzeka się, że bank nie poinformował o tej zmianie, co jest nieprawdą. Ja na przykład informację o wprowadzeniu opłaty za kartę dostałem e-mailem już 2 kwietnia:

Ludzie najwyraźniej albo nie czytają e-maili od banku, albo czytają je niedokładnie. Osobiście nie podoba mi się pomysł wprowadzenia opłaty za kartę (wcześniej za konto w T-Mobile Usługi Bankowe nie płaciłem nic), ale nie będę żreć się o durne 6 złotych. Przecież nie umrę od tego z głodu. Innym problemem jest to, że podobno bank 1 czerwca wprowadził opłatę za sprawdzenie salda rachunku w bankomacie, o czym nie dostałem informacji (chyba), ale nie będę na to narzekać, bo stan konta mogę za darmo sprawdzić w aplikacji w telefonie. Podsumowując, 6 złotych miesięcznie to nie powód żebym drugi raz zmieniał bank – już wystarczająco się namęczyłem przy pierwszej zmianie. Poza tym darmowe przelewy i wypłaty z wszystkich bankomatów są przydatne. 😉

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go innym!